Aborcja, głupcze – NIE

Biali chrześcijanie nie chcą skrobać czarnych kobiet, bo nie chcą przy nich siadać.

Jakkolwiek pytanie, czy Joe Biden na pewno wie, że rządzi Ameryką, pozostaje aktualne, to jednak sposób, w jaki rządzi, może być źródłem zazdrości dla lewicy w wielu miejscach świata. Zwłaszcza tam, gdzie przez ostatnie kilka dekad rządy zwące się lewicowymi pryncypialnie unikały progresywnej agendy.

Po rewolucyjnym keynesowskim pakiecie prorozwojowym, będącym całkowitym odrzuceniem reaganomiki (za prezydentury Reagana prowadzono ekonomikę polegającą na obniżaniu podatków, zmniejszaniu wydatków budżetowych, ograniczaniu ingerencji państwa w gospodarkę i ograniczaniu inflacji), Biden – a w każdym razie jego administracja – bierze się za kwestie obyczajowe. Czy też raczej – przy obecnym stanie emocji – ideologiczne.

 

1.

Aborcja w USA stała się, niczym w Polsce, jednym z pól wojny ideologicznej w wyniku – znów jak w Polsce – ofensywy skrajnej prawicy, która dostrzega w niej sposób na polityczną aktywację bigotów. W USA ma to ten dodatkowy wymiar, że konserwa z południa wymyśliła mordowanie dzieci poczętych jako sposób na wzniecenie politycznej aktywności w szeregach prawicowych chrześcijan, podczas gdy tak naprawdę chodziło o zatrzymanie zmian delegalizujących segregację rasową, np. chrześcijańskie uczelnie tylko dla białych. Ponieważ jednak trudno było ogłosić otwartym tekstem: „Powstańcie, aby bronić naszego prawa do rasizmu”, pod koniec lat 70. republikański strateg Paul Weyrich wymyślił „ochronę życia” jako sztandar, pod który można było zwołać religijnych oszołomów.

Od tego czasu republikańska prawica na wszelkie sposoby usiłuje unieważnić przełomowy wyrok z 1973 r., gdy w sprawie Roe vs. Wade Sąd Najwyższy uznał, że „prawo do prywatności osobistej jest na tyle szerokie, iż obejmuje także prawo kobiety do podjęcia decyzji o przerwaniu – lub nie – ciąży”.

 

2.

Konstytucyjna gwarancja prawa do aborcji była dotychczas podważana głównie w drodze ograniczeń stanowych, wprowadzanych przez zdominowane przez republikanów stanowe Kongresy – tylko w 2021 r. przyjęły one ponad 500 takich poprawek. Ale ostatnio, po dopakowaniu przez Trumpa Sądu Najwyższego ultrakatolicką matką siedmiorga dzieci, Amy Coney Barrett, która zastąpiła zmarłą we wrześniu liderkę postępu i praw kobiet, legendarną Ruth Bader Ginsburg, otworzyła się możliwość odwrócenia orzeczenia w sprawie Roe vs. Wade. W połowie maja Sąd Najwyższy z nową konserwatywną większością zgodził się rozpatrzeć sprawę dotyczącą prawa antyaborcyjnego w stanie Missisipi – co przez obie strony sporu postrzegane jest jako probierz przyszłego zaangażowania tej większości w „obronę życia”.

Jednak druga strona także nabiera siły. 4 lata trumpizmu przesunęły Partię Demokratyczną wyraźnie w lewo – również w sferze obyczajowej. A za nią podążył nowy prezydent – będący przez większość życia politykiem dość konserwatywnym. W 1973 r. jako początkujący senator Biden orzekł, że SN w sprawie Roe vs. Wade „poszedł za daleko” i nawet swego czasu głosował za poprawką do konstytucji, która unieważniłaby ten wyrok. Był także – aż do zeszłego roku – zwolennikiem swoistego amerykańskiego „kompromisu aborcyjnego”, czyli tzw. poprawki Hyde’a.

 

3.

To przyjęta pod koniec lat 70. formuła, od 1980 r. dopisywana do każdego kolejnego budżetu państwa, zabraniająca finansowania aborcji z funduszy federalnych. Przyjmowane w kolejnych latach poprawki do poprawki doprowadziły do konstrukcji prawnej podobnej do ustawy antyaborcyjnej w Polsce po orzeczeniu trybunału Przyłębskiej: na koszt państwa można w USA usunąć jedynie ciążę zagrażającą życiu kobiety lub taką, która pochodzi z gwałtu albo kazirodztwa.

Co w praktyce oznacza, że dostęp do aborcji – choć gwarantowany przez konstytucję – ograniczał się do osób dobrze sytuowanych. Dla 15,6 miliona kobiet korzystających z darmowego ubezpieczenia zdrowotnego, gwarantowanego przez publiczny program Medicaid, obejmujący uboższych Amerykanów, koszty aborcji często okazywały się niemożliwe do uniesienia. Do tego doszły stanowe restrykcje zmierzające do likwidacji kolejnych klinik poprzez różne absurdalne wymogi, np. wyznaczenie minimalnej szerokości korytarza czy maksymalnej odległości od szpitala. W efekcie 6 stanów ma tylko jedną, szczególnie wytrwałą klinikę aborcyjną, do której pacjentki muszą dojeżdżać setki kilometrów. A do tego koszt aborcji rośnie wraz z czasem trwania ciąży – od 400-500 dolarów w 10. tygodniu do 1100-1650 w 20. – co owocuje błędnym kołem:

biedne kobiety usiłujące zebrać pieniądze na aborcję z każdym tygodniem dowiadują się, że potrzebują ich coraz więcej.

Według badań Instytutu Guttmachera, jedna na 4 klientki Medicaid przyznawała, że donosiła ciążę nie dlatego, że chciała mieć dziecko, lecz dlatego, że nie stać jej było na jej przerwanie.

 

Całość na łamach