Agent J znowu nadaje – NIE

Towarzysze, pozwólcie sobie zameldować.

Mam teorię. Rozważcie ją w swoich sumieniach i powiedzcie mi, że nie mam racji: arcybiskup Jędraszewski jest ukrytym agentem światowego lewactwa. Niczym kapitan Hodysz, którzy nosił obrzydliwą legitymację zbrodniczej Służby Bezpieczeństwa, żeby pomagać opozycji i przestrzegać ją przed zagrożeniami ze strony bezpieki, arcybiskup Jędraszewski z obrzydzeniem nosi pretensjonalne złote ornaty i chrzani straszliwe głupoty, żeby przestrzegać Polaków przed prawdziwymi intencjami papizmu. gdy obalimy państwo wyznaniowe, zrobimy Jędraszewskiego szefem krakowskiego urzędu ds. wyznań.

Kapitan Hodysz miał łatwiej, bo ustalił sobie z Hallem szyfr komunikacyjny. Np. „Ula przeprasza, ale dziś do ciebie nie przyjdzie” znaczyło „Spierdalaj jak najszybciej”. Arcybiskup Jędraszewski nie ma tego luksusu, musi szyfr wymyślać na bieżąco, polegając na inteligencji odbiorcy.

Nie zawiedźmy go.

Pamiętacie taki thriller szpiegowski, bodaj z serii „Jack Ryan”, gdy ruskie śpiochy są aktywowane w cerkwi przez cytat z księgi Jeremiasza: „Idź i głoś publicznie w Jerozolimie: To mówi Pan”? To właśnie robi nasz agent w episkopacie: gdy usłyszycie z ust abp. Jędraszewskiego słowo „ideologia”, to znaczy, że trzeba słuchać, bo będzie nadawał.

W swoim ostatnim zaszyfrowanym komunikacie nadanym z Kalwarii Zebrzydowskiej pod kryptonimem „Archidiecezjalna Pielgrzymka Rodzin” agent J mówił o singlach.

 

***

Single – precyzyjnie wyznawcy „ideologii singli” – to ludzie, którzy „żyją własnym życiem, skoncentrowanym na sobie”, „realizują siebie”, zawierają „przelotne związki bez zobowiązań”, a nawet zdarza się, że ewentualne dziecko uznają „za przeszkodę w realizacji siebie”. I naprzeciwko tego stylu życia stoi wzór katolicki: Maryja, która „nie żyła dla siebie, ale dla Jezusa, troszcząc się także o innych”. Dla tego drugiego typu „żyjącego razem i dla siebie jednocześnie, zgodnie z tym co przysięgali wobec Boga i Kościoła w sakramencie małżeństwa”, jedynym „powołaniem, godnością i źródłem radości” jest rozród, a produkt tego rozrodu otrzymuje od rodziców „największy skarb, jaki mają: skarb wiary, miłości do Boga”.

I teraz powiedzmy sobie szczerze: kto – poza nieliczną i ciągle kurczącą się grupką katolickich integrystów – nie widzi dramatycznej dysproporcji w atrakcyjności tych dwóch stylów życia na zdecydowaną niekorzyść drugiego? Kto w europejskim kraju w trzeciej dekadzie XXI wieku, słysząc słowa arcybiskupa, powiedział sobie: „No pewnie, zamiast rozwijać się, mieć karierę i pasje, poznawać nowych ludzi – wolę przez całe życie uprawiać seks z jedną osobą, mieć z nią 2 tuziny bachorów i poświęcić się ich indoktrynacji religijnej”?

Zapewne (choć nie wiem tego z empirii) – między tymi dwiema skrajnościami jest jakaś strefa stanów pośrednich: normalnych, nienawiedzonych związków, w których ludzie, będąc z kimś, pozostają sobą; decydują się na jedno małe albo parkę, starają się zapewnić im szczęśliwe dzieciństwo, wykształcenie i rozwój, i uważają, że w związku dwojga ludzi chodzi o to, co do siebie czują i jak im ze sobą jest, a nie o „wielki zamysł Pana Boga”. Ale agent J nic o tym nie wspomniał, sprowadzając alternatywę do dwóch skrajności, z których jedna jest ohydna. To jego wielki wkład w zniechęcanie ludzi do tradycyjnego modelu rodziny.

 

Całość na łamach