Ameryka? Za Chiny! – NIE

Pompeo robi cud nad Wisłą.

Nawiedzenie Polski przez sekretarza stanu USA Mike Pompeo w rocznicę Bitwy Warszawskiej było wizytą przedstawiciela handlowego. Przyjechał podpisać umowę o sprzedaniu Polsce tysiąca żołnierzy rotacyjnych, za który to gest Warszawa już wcześniej przepłaciła, kupując nieistniejące amerykańskie zabawki militarne. Nade wszystko jednak Pompeo pragnął dopilnować, aby internetowy i elektroniczny monopol Stanów Zjednoczonych trwał w Polsce po wieki wieków.

Przed spotkaniem z Dudą i Morawieckim Pompeo zaliczył Lublanę. Tam dostał to, co chciał. Słowenia podpisała pakt mówiący, że poszczuje psem każdą firmę, która na jej terytorium będzie chciała budować chiński szybki internet piątej generacji, czyli 5G.

Austria żądania amerykańskie wyśmiała. Nadzieje sekretarza stanu, że Czesi pogonią Chińczyków, okazały się płonne. Praga się Stanom postawiła.

W Warszawie było inaczej. Oficjalnie niczego nie podpisano. Ba, polscy oficjele unikali jak ognia wspominania o 5G. Nieoficjalnie zaś wiadomo, że Pompeo dostał, czego chciał. Inaczej Duda miałby gówno, a nie 1000 jankeskich żołnierzy więcej.

 

Nie patrząc w skośne oczy

Szef amerykańskiej dyplomacji, podobnie jak jego szef, nie są dyplomatami. Nie niuansują, nie kluczą, tylko żądają i wymagają. Gdy w lutym zeszłego roku Pompeo mówił w Warszawie: „Po prostu nigdy nie umieścimy naszego sprzętu w kraju, w którym jest zagrożenie, że Chińczycy będą mogli hakować informacje”, a potem USA sprzedały nam sprzęt i przyznały dodatkowych żołnierzy, to znaczy, że rzecz jest dogadana.

Przy okazji wizyty wiceprezydenta Mike’a Pence’a Polska podpisała z USA wspólną deklarację na temat 5G. W ramach niej za niezbędną uznano „kompletną ocenę komponentów i producentów oprogramowania” pod kątem tego, czy firmy są kontrolowane przez obcy rząd bez możliwości odwołania się do niezawisłego sądu, czy mają przejrzystą strukturę własności i czy wykazywały się „etycznym postępowaniem korporacyjnym”. To w tłumaczeniu ze slangu dyplomatycznego oznacza, że

urządzenia i oprogramowanie elektroniczne nie ma być chińskie, lecz właściwie ma być amerykańskie.

Za dwustronną deklaracją poszły realne działania. Przygotowano nowelizację ustawy o bezpieczeństwie cyfrowym, w której niemal wprost napisano, że nie będzie mogła w Polsce działać technologia, która się władzy nie spodoba. Kryteria są zabawne. Jak choćby „ocena poziomu ryzyka danego dostawcy sprzętu lub oprogramowania” – gdy ryzyko będzie duże, to kontrahent nie będzie brany pod uwagę. Ryzykiem może być zaś wszystko. Czyli gdy „dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE”. Oraz to, jakie jest „prawodawstwo danego państwa w zakresie ochrony praw obywatelskich i praw człowieka”. Nie wspominając o tym, że badać się też będzie to, jaka jest „zdolność ingerencji takiego państwa w swobodę działalności gospodarczej”. Oczywiście w nowelizacji zabrakło sformułowania, że ilekroć jest w niej mowa o danym państwie, to chodzi o Chińską Republikę Ludową.

 

Całość na łamach