Ciąża kroczy przed rozwodem – NIE

Zabiła dziecko, żeby się rozwieść.

Małgorzata T. całym sercem i od urodzenia opowiadała się za tradycyjną rodziną. Tradycyjną, czyli nie z dwoma panami i adaptowanym zasrańcem, ale z mamą, tatą i dziatwą po bożemu spłodzoną. Dlatego choć Kazimierz, małżonek, regularnie tłukł ją za przesolone zupy i przesłodzone pierogi, urodziła sześcioro dzieci. Wszystkie polskie na wskroś, czyli ochrzczone, czasem lekko głodne, niekiedy ździebko zawszone. Nikt nie wie, kiedy Małgorzatę dopadli neobolszewicy. Ale dopaść musieli.

 

W mordę

Bo nagle, wbrew wierze i tradycji ojców, ogłosiła, że się z Kazimierzem rozwodzi. Sąsiedzi się dziwili, co ty, Gośka, na łeb upadłaś, mówili, a ona, że dość ma takiego życia, bo co to za życie, że bez powodu w mordę od rana bierze. Krewni pytali, co cię opętało, wstyd chłopa zostawiać, źle dzieci ojca pozbawiać i na pastwę losu nieboraki zostawiać, tłumaczyli. Ale Małgorzata się zaparła, jak tak się wam podoba, to se z nim żyjcie, ja się z chujem rozwodzę, mówiła. Pozew napisał prawnik za darmochę. Małgorzata dbała, żeby podkreślił, że rozwód z winy męża.

Sąd zwolnił ją z opłat. Ruszył proces. Ślubny zeznał, że kocha żonę, prowadzi z nią wspólne gospodarstwo i o rozpadzie pożycia małżeńskiego nie ma mowy. Co do przemocy, to stwierdził, że nigdy nie stosował, a gdyby bił, to policja już dawno niebieską kartę by wystawiła i go zamknęła, gdyż nie jest młodym żonkosiem, 23 lata temu przysiągł w kościele, że żony nie zostawi aż do śmierci. Małgorzata zeznała, że mąż ją bije, nienawidzi go i nie chce z nim prowadzić wspólnego gospodarstwa domowego. Z powodu rozbieżnych stanowisk prezentowanych przez strony sąd zarządził przesłuchanie świadków.

 

Trochę ze strachu

Po roku proces wciąż trwał. Małgorzata dostała z gminy mieszkanie socjalne, wszystko się ładnie w końcu układa, pomyślała i zaczęła przygotowywać się do wyprowadzki. Wyprowadzić miała się z dziećmi, bez męża, ale krwawienie się spóźniało, najpierw więc poszła do ginekologa. Ginekolog stwierdził, że jest w ciąży. Wystawił skierowanie na badanie USG. Ultrasonograf potwierdził diagnozę. Małgorzata załamała się, bo jak sądowi wytłumaczyć, że ze znienawidzonym i bijącym mężem uprawiała seks i w brzuchu nosi kolejne jego dziecko?

Prawda jest taka, że ze ślubnym nie współżyła tylko w czasie okresu, a gdy tylko ciotka odjeżdżała, spółkowała z nim trochę z przyzwyczajenia, trochę ze strachu, a trochę dla przyjemności. Kazimierz kondoma nie zakładał, co poczęciem musiało się zakończyć.

 

System wartości

Małgorzata postanowiła, że o ciąży nikomu nie piśnie i zanim brzuch zacznie być widoczny, połknie tabletkę poronną. Preparat kupiła przez internet – wywołał on krwawienie i bóle, ale ciąży nie zakończył. Poszła do ginekologa. Lekarz stwierdził, że wykonanie legalnej aborcji nie wchodzi w grę, bo ciąża nie jest rezultatem gwałtu. Zdania na temat ciągu dalszego są podzielone. Małgorzata utrzymuje, iż ginekolog zaproponował, że jeśli otrzyma stosowną gratyfikację za moralną traumę, skrobnie. Do aborcji nie doszło, bo nie miała pieniędzy. Ginekolog twierdzi z kolei, że jest katolikiem, zatem z definicji wyznaje system wartości, który nie pozwala na formułowanie propozycji dokonania aborcji, nawet jeśli byłaby ona dopuszczalna w świetle prawa świeckiego, czyli w przypadku gwałtu lub nieuleczalnej choroby dziecka. Tak czy siak pewne jest, że Małgorzata T. ciąży się nie pozbyła i nie bardzo wiedziała, co z tym fantem począć.

Wyjściem byłoby stwierdzenie, że to nie Kazimierz jest ojcem, ale najpierw dostałaby łatkę dziwki, a potem badania i tak by dowiodły, że to on jest sprawcą i zostałaby nie tylko dziwką, lecz i szachrajką.

Biła się z myślami. Po namyśle zdecydowała, że skoro urodziła 6 razy to urodzi i siódmy, z tymże tym razem dziecko zabije zaraz po odcięciu pępowiny. Urzeczywistnienie takiej strategii nie było proste, bo jej elementem, oprócz dość niecodziennego towarzystwa narodzin i śmierci, było ukrywanie ciąży przed otoczeniem, w tym przed mężem, z którym mimo przeprowadzki wciąż utrzymywała kontakty intymne. Cóż, plan nie był doskonały, ale Małgorzata T. uznała, że jedyny.

 

Całość na łamach