Ciota Dobra Rada. Reaktywacja – NIE

Ten moment, gdy okazuje się, że sondaże jednak mówiły prawdę i gówno dał cały ten kampanijny zapieprz… Pamiętam go sprzed dwudziestu lat – z kampanii Piotra Ikonowicza.

 

W przypadku Biedronia zapieprz był maratoński: ten facet jest w kampanii wyborczej non stop od dwóch lat. Najpierw były wybory samorządowe w sierpniu 2018 r., w których promował w Słupsku swoją zastępczynię (i zdobył mandat radnego, z którego zrezygnował); potem „Burza mózgów”, czyli cykl spotkań w całej Polsce, co zaowocowało startem Wiosny w lutym 2019 r.; w maju nieszczęsny Parlament Europejski i ten mandat, który miał oddać, ale nie oddał; potem tworzenie koalicji i kampania wyborcza do Sejmu w październiku – i wreszcie ciągnące się jak smród za wojskiem wybory prezydenckie w roku 2020… Jestem ostatnią osobą, która dzisiaj chciałaby kopać Biedronia i jego ekipę.

Ale to nie znaczy, że rację ma Włodzimierz Czarzasty, który zdaje się uważać, że klęskę wyborczą kandydata trójlewicy można zbyć wzniosłymi okrzykami o przyjaźni i lojalności w polityce. Które – powiedzmy szczerze – są właśnie oznaką nielojalności. Gdy Czarzasty wydaje oświadczenie, iż „w prawdziwej polityce musisz mieć przyjaciół, którzy będą z tobą bez względu na to, czy masz dobry, czy też zły wynik; pokazaliśmy, że stoimy obok siebie, bez względu na to czy jest dobrze, czy też jest źle”, to tak naprawdę mówi tyle, że on, Czarzasty, i jego formacja nie będą rozliczać Biedronia. W czym zawiera się sugestia, że tylko Biedroń zasługuje na rozliczenie.

Gwoli ścisłości: kandydat ma oczywiście w tej klęsce znaczny udział. Przede wszystkim poprzez aferę z mandatem europosła, która zmiotła jego wiarygodność, ale także poprzez dojmujący brak politycznej dojrzałości, który sprawiał, że jego kampanijnej narracji brakowało konsekwencji i wyrazistej myśli przewodniej. Ale to wszystko wiadomo było już wtedy, gdy lewica zdecydowała o wystawieniu Biedronia w wyborach.

 

Leszek Miller nie bez pewnej satysfakcji wypomina dziś, że był „chłostany” za Ogórek, która miała wynik lepszy niż Biedroń – 2,38 wobec 2,22 proc. – co zdaniem Millera wskazuje na to, że jego kandydatka była dla lewicowego elektoratu „łatwiejsza do strawienia” niż Biedroń. Żywię do Millera nieuleczalną słabość, ale to porównanie jest bezczelne. Zestawianie wyciągniętej z kapelusza lalki Barbie, którą z lewicą łączył jedynie były przewodniczący ZSMP na etacie męża i której prawdziwą osobowość i poglądy znamy dziś wszyscy dzięki jej służbie w szczujni Kurskiego, z Biedroniem, który jest autentycznym postępowym działaczem społecznym ze sporą wiarygodnością ideową, jest jednak nie na miejscu.

Można kwestionować dojrzałość polityczną Biedronia i stopień jego zrozumienia dla konglomeratu postaw i wartości, które składają się na lewicowość, ale na pewno nie sposób wyobrazić go sobie w walce z ideologią LGBT na dworze Andrzeja Dudy. Jakikolwiek znak równości jest tu zupełnie nie do przyjęcia.

Co nie znaczy, ze nie ma analogii między tymi dwiema nieszczęsnymi kandydaturami. Najważniejsza to tchórzostwo liderów, którzy zamiast uczciwie i otwarcie wystartować w wyborach, rozpoczęli histeryczną łapankę na zająca, którego można by wypuścić przed sforą.

Pamiętacie, jak wyglądało to na przełomie roku? Do mediów co chwila wypływały jakieś okruchy tej łapanki: że może jakaś kobieta, ale żadna nie chce; że może facet Biedronia, ale jednak nie; że lewica chodzi wokół zaprzedanej Platformie Barbary Nowackiej, która oczywiście odmawia; że usiłuje namówić Zandberga, ale popularność go przerosła i nie ma już nawet siły chodzić do tefałenu… Cały ten proces był tak żałosny, że gdy Biedroń w końcu dał się namówić, trudno było zareagować inaczej niż słowami: „Ach witaj, zbawco”.

Ale oczywiście, podobnie jak w roku 2015, kandydatem Sojuszu Lewicy Demokratycznej na prezydenta powinien być jego przewodniczący Leszek Miller, tak w ostatnią niedzielę na liście powinien być nie Biedroń, tylko Czarzasty. (To nie jest tak, że dopiero teraz jestem taka mądra, pisałam o tym w styczniu). Miller dostałby w 2015 r. jakieś 5-7 proc. głosów wiernego elektoratu SLD – co byłoby nieprzyjemne dla niego osobiście, ale ocaliłoby formację przed upodleniem i, najpewniej, późniejszym wypadnięciem z Sejmu. Podobnie teraz Czarzasty miałby zapewne wynik zbliżony do wyniku formacji – a w każdym razie bardziej zbliżony niż 2,22 proc. Biedronia. Nie dlatego, że jest politykiem bardziej charyzmatycznym niż Biedroń, ale dlatego, że stoi za nim prawdziwa partia z ciągle jeszcze istniejącym elektoratem i strukturami.

 

Całość na łamach