Co Arab złączył… – NIE

Z Donaldem Tuskiem łączy mnie ślub kościelny.

Wrócił Tusk. Oczekiwaniom stało się zadość. Powrót skomentowano na wiele rozmaitych sposobów, z lewa i z prawa. Pozwolę sobie dorzucić do tych komentarzy anegdotę osobistą, bez wielkiej rangi politycznej, ale akuratną na letnią kanikułę i w celu uspokojenia pana przewodniczącego Nowej Lewicy Włodzimierza Czarzastego.

Jako jeden z przejawów zdewocenia Tuska przypomina się wzięty przez niego w 2005 r. ślub kościelny. I to mnie z Tuskiem w sposób oryginalny splata, bo także ślub kościelny brałem. I dla Tuska, i dla mnie był to ślub taktyczny, a organizowała go ta sama osoba.

Tusk po 27 latach małżeństwa wziął ślub kościelny. „Nie ukrywam, że największe znaczenie miały moje rozmowy i spotkania z arcybiskupem Gocłowskim i przyjaciółmi. To oni przekonywali mnie, że mój powrót do Kościoła ma głęboki sens” – opowiadał wtedy.

„Zrobił to dlatego, że wiedział, że jeśli chce być premierem tego narodu, to jest oczekiwane, że będzie normalnym katolikiem” – ujawnił Jacek Merkel, człowiek z bliskiego otoczenia Tuska. Był to rok 2005, Tusk startował do boju o fotel prezydencki, a Platforma Obywatelska do wyborów parlamentarnych.

Ślub kościelny pomógł zorganizować Tuskowi jego przyjaciel, zaufany, a jednocześnie człowiek bardzo bliski abepe Tadeusza Gocłowskiego, Tomasz Arabski, zwany „Arabem”. Potem zresztą „Arab” został szefem kancelarii Tuska jako premiera. Ślubu Tuskowi udzielał abepe Gocłowski, a uroczystość, bardzo kameralna, odbywała się w katedrze oliwskiej.

Znałem i ja „Araba” w swoim czasie. Kolegowałem się z nim, póki nasze drogi się nie rozeszły. Moje życiowe doświadczenia sprawiły, że także stanąłem przed potrzebą wzięcia ślubu kościelnego. Chciałem zrobić przyjemność mojej ówczesnej żonie. Ale nie uśmiechały mi się te wszystkie kursy przedmałżeńskie, spowiedzi, ceregiele, nawet jeśli miałyby być lipne. I to właśnie dzięki pomocy, życzliwości i sympatii Tomka A. cała rzecz została przeprowadzona bez bólu i w godnej oprawie.

„Arab” zaproponował mi, aby ślub się odbył w kościele św. Bernarda w Sopocie, którego proboszczem był wówczas ks. Zbigniew Bryk. Nie znałem ani tego kościoła, ani ks. Bryka. Kościół okazał się naprawdę piękny, z charakterystyczną jedną ścianą całą ze szkła wychodzącą na las. Przygotowania i uroczystość były zaś nie tylko przyjemne wizualnie, ale także nie obciążały niczyjego sumienia.

Ks. Bryk (to nie on udzielał ślubu, jedynie udzielił kościoła) później stał się bohaterem moich publikacji w „NIE” dotyczących głośnej afery Stella Maris, wystawiania na duże miliony fałszywych faktur przez kościelną drukarnię, którą kierował właśnie Bryk. Przy wiedzy i akceptacji Gocłowskiego. Afera ta – gdy wyszła na jaw – na długo pogrążyła archidiecezję w problemach finansowych. W każdym razie Bryk utyskiwał potem na mnie, że on mi kościół na ślub oddał, a ja taką czarną owcą jestem i go w „NIE” szkaluję.

To, co mnie z Tuskiem łączy: kościelny ślub brany nie z potrzeby religijnej, lecz z wyrachowania, organizowany przez Tomka Arabskiego.

Zaprawdę z tego powodu trudno mnie o dewocję posądzać. I jak sądzę Tuska.

 

Całość na łamach