Czarnek Boga wykończy – NIE

Gdyby Bóg istniał, wszyscy powinniśmy go błagać o zdrowie dla ministra Czarnka i o jak najszybsze objęcie przez niego stanowiska.

 

Nie ma bowiem lepszego promotora feminizmu niż minister edukacji, który mówi, że kobiety służą do rodzenia dzieci.

Gwoli ścisłości: oczywiście zadaniem opozycji jest wrzeszczeć wniebogłosy na temat nominacji integrysty, mizogina i homofoba na głównego wychowawcę młodzieży – przede wszystkim dlatego, że to okazja do zacytowania jego co bardziej smakowitych wypowiedzi.

Nie myślcie, że z okazji nie skorzystam.

 

Politycy, który mówią głupoty, z zasady biadolą, że ich wypowiedź została wyrwana z kontekstu. Dlatego pozwólcie, że przytoczę w całości i wraz z kontekstem kilka myśli z wykładu dr. hab. Czarnka pt. „Neomarksistowskie wpływy na nauczanie o rodzinie”, wygłoszonego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim niespełna rok temu.

Generalny temat lamentu dr. Czarnka to „spustoszenie totalne” w związku ze spadkiem dzietności „o 200 tys. urodzeń rocznie”, co spowodowało, że „na przestrzeni trzydziestu lat nie urodziło się około 5 milionów ludzi”, co jest „porównywalne z II wojną światową”.

Kontekst już mamy. Teraz cytaty.

 

Najistotniejsze: istnieje problem zbyt dobrego kształcenia młodzieży. Jeśli dzieci jest mało, to za dużo mogą się nauczyć i same z tego problemy.

Przede wszystkim więc: „Problemy podstawowe dzieci w szkole: coraz droższe utrzymanie szkół z tego względu, że subwencja idąca za uczniem jest coraz mniejsza, bo jest coraz mniej uczniów, coraz więcej szkół, w których jest mniej uczniów niż nauczycieli”. Gwoli ścisłości: nie ma w Polsce szkół, w których jest „mniej uczniów niż nauczycieli”, średnia wielkość klasy to 18,1 osoby, czyli typowa dla Unii Europejskiej. Ale idea, że mamy za mało dzieci w klasach, żeby kształcenie było opłacalne, jest godna odnotowania – zwłaszcza w wykonaniu ministra edukacji.

To nie koniec. Zbyt dobra edukacja szkodzi rynkowi: „Skarżą się dzisiaj przedsiębiorcy na to, że nie ma kto zbierać truskawek, nie ma kto zbierać malin, nie ma kto zrywać jabłek. No, kto ma zrywać, jak nas jest 5 milionów mniej niż powinno być?”. To interesujący koncept polityki oświatowej: gdyby ludzie mieli chmary dzieci, na których wykształcenie ich nie stać, to gnoje nie miałyby osobistych ambicji i byłoby więcej chętnych do prac sezonowych.

 

Tymczasem jest zupełnie inaczej – wszystko przez „tłumaczenie kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez pana Boga powołana”. Czyli rozmnażać się w sposób nieopanowany.

Dr Paula Pustułka, socjolożka z SWPS Uniwersytetu Humanistycznego w Warszawie zauważa, że w grupie kobiet między 18. a 25. rokiem życia odsetek deklarujących, że nie chcą mieć dzieci, sięga czasem 34 procent. Badań takich – zapewne z tzw. przyczyn etycznych – nie prowadzi się wśród dziewczyn niepełnoletnich, bądźmy więc wspaniałomyślni i powiedzmy, że jest niższy; że nie mają tego jeszcze przemyślanego. Ale idę o zakład, że sytuacja, w której minister edukacji mówi im, że „muszą” mieć dzieci, bo po to Bóg je stworzył, skłoni wiele z nich do rozważań na ten temat.

I w tych rozważaniach mogą kierować się zarysowaną przez ministra wizją: „Feminizm swoje żniwo śmiertelne zbiera (…); żeby uderzyć w rodzinę trzeba uderzyć w kobietę, powiedzieć jej: nie musisz tego robić, jesteś taka sama jak chłop, idź i pracuj, jeździj na traktorze, na kombajnie, ucz się, rób karierę”. Rozumiem, że gdy się powie młodzieży szkolnej „ucz się”, to większość wybierze alternatywę, ale raczej nie spodziewałabym się, że tą alternatywą będzie rozród.

W każdym razie dotychczas nie jest. Według zeszłorocznego sondażu CBOS „Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego” 99 procent osób poniżej 24. roku życia nie ma dzieci. Czarnek zawodzi więc, że „pierwsze dziecko rodzi się dzisiaj nie w wieku 20, 22, 25 lat, tylko w wieku blisko 30 lat; no, jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić?”. To kolejny problem ministra Czarnka, którego większość Polaków nie podziela: tylko 11 procent Polaków chce mieć czworo dzieci lub więcej; 28 procent – troje. W sferze deklaracji najpopularniejszy jest model dwudzietny, ale gdy przychodzi do życia, to co czwarty Polak nie ma żadnego bachora, a co piąty ma jednego.

 

Ale nawet te dziewczęta, które mają dziewczęcą romantyczną koncepcję miłości po grób i marzą o zgodnym z planem bożym rozrodzie na masową skalę, mogą poczuć się zniechęcone przez wizję rodziny, jaką przedstawia minister edukacji: „Mężczyzna zachowuje się jak ostatni wariat, przychodzi w nocy do domu pijany, zdradza gdzieś na bokach swoją żonę, nie dba o tą (tak w oryginale – przyp. AWŁ) rodzinę. Ale kobieta wychowuje tą (tak w oryginale – AWŁ) dwójkę dzieci, przyjmuje jeszcze tego męża z nadzieją, że on się nawróci po jakimś czasie – i wielokrotnie się nawraca, wraca do normalnych swoich funkcji. Już mocno sponiewierany przez życie, już widać po twarzy jego, że jest strasznie sponiewierany, ale wraca”. Ach, szczęście niepojęte…

 

Całość na łamach