Dlaczego Duda wygra wybory – NIE

Biedroń, Biedroń pokaż rogi…

Tendencja miłości do Wiosny radykalnie zmienia się w tym elektoracie, który lewicy powinien być szczególnie bliski, czyli wśród tych, którzy mają najbardziej przejebane. 69 procent wyborców z dochodem poniżej 1,5 zł i 65 procent ludzi po sześćdziesiątce wskazało SLD jako partię im najbliższą. Z drugiej strony Wiosnę preferują młodzi, zdrowi i bogaci: połowa wyborców lewicy przed czterdziestką i 63 procent wyborców zarabiających powyżej 7 tys. zł. To zapewne „biedyzm” (tak poglądy Ikonowicza określała swego czasu młoda inteligencka lewica z Razem), ale przymierający głodem starzy komuniści są mi bliżsi niż wrażliwi na problem homofobii dostatni korpointeligenci. I obawiam się, że ci pierwsi poczują się, po likwidacji SLD, całkiem porzuceni.

Porzucenie to niewątpliwie spotęguje decyzja o wystawieniu Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich. To niełatwa kandydatura.

Zgoda: 1,5 roku temu wydawała się oczywista i pożądana, ale przez te 1,5 roku wiele się zmieniło. Biedroń – nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu – dał dupy, nie rezygnując z mandatu europosła, po tym jak tę rezygnację zapowiedział. I mimo zaklęć Włodzimierza Czarzastego, który we wtorek zapewniał, że ta kwestia nie będzie Biedroniowi ciążyć w kampanii, bo zrobił to dla zjednoczonej lewicy i na jej polecenie, żeby zostać kandydatem na prezydenta – ludzie swój rozum mają i wiedzą, że lewicowy lider wolał zarabiać kasę, zamiast dotrzymać słowa. Polacy – z lewicy i z prawicy – są bardzo biegli w liczeniu cudzej kasy i tak łatwo mu tego nie zapomną.

Na to nakłada się drugi problem wizerunkowy, który zaplecze polityczne właśnie zafundowało Biedroniowi, choć mogło go uniknąć: jego partia, która miała być nadzieją i przyszłością lewicy, przeżyła pół roku i właśnie roztapia się w SLD. To, że SLD też się roztapia, nieco osładza gorycz tej porażki – ale serio: po cholerę? Po co robić to teraz, gdy wizerunek odnowiciela lewicy, lidera jej postępowo-obyczajowego, antyklerykalnego oblicza (a w zasadzie lidera czegokolwiek) jest Biedroniowi potrzebny? Teraz, gdy lewica naprawdę nie ma czasu na zajmowanie się sobą i powinna całą gębą zająć się kampanią?

Z drugiej strony – zwerbalizuję oczywistość – dzięki bogu nieistniejącemu, że ta kandydatura jest i skończył się okres połowów. Czarzasty odpowiada na to chwacko, że co niby robili inni kandydaci przez te ostatnie tygodnie – w domyśle, że czas nie został zmarnowany, bo inni też go marnowali. Nie w tym problem. Problemem jest to, jak bardzo żenujący był proces łapanki, którego okruchy nieuchronnie wypływały do mediów. Te wszystkie sygnały: że może jakaś kobieta, ale żadna nie chce; że może facet Biedronia, ale jednak nie; że – to już szczyt obciachu – lewica chodzi wokół zaprzedanej Platformie Barbary Nowackiej. Formacja, która nie jest w stanie znaleźć kogoś, kto będzie chciał w jej imieniu kandydować na najwyższy urząd w państwie i chodzi po prośbie jest, żałosna. Fakt, że jeden z jej liderów dał się w końcu namówić, zdejmuje nam wszystkim kamień z serca.

Co powiedziawszy, zaryzykuję tezę, że z trzech przewodniczących, których Lewica miała do wyboru, wybrała chyba najgorszego.

 

Całość na łamach