Donald cierpliwy jest i empatyczny – NIE

Jak z właściwą sobie bezpośredniością wyłożył Urban kilka tygodni temu: dziennikarzy „NIE” obowiązuje zakaz krytykowania Tuska i chwalenia PiS-u. A Tuskowi wolno chwalić PiS?

 

W olbrzymiej, liczącej prawie 20 stron maszynopisu – i, szczerze mówiąc, dość nudnej – rozmowie Jerzego Baczyńskiego z Donaldem  Tuskiem w ostatniej „Polityce”  widać zręby strategii lidera opozycji. Moim zdaniem nieco skromne, ale można mieć nadzieję, że na obecną sytuację w PiS-ie wystarczy. Wiele wskazuje bowiem na to, że kryzys obozu władzy i jego wodza jest rzeczywisty.

 

Nowy stary szef PO oczywiście nie wycofuje się z nieco infantylnie manichejskiej koncepcji, że walka z PiS to starcie dobra ze złem – i zważywszy na to, jakie zyski sondażowe jego wejście smoka przyniosło jego formacji, w sumie trudno się dziwić. Przez 90 procent rozmowy w „Polityce” Tusk z rozmachem napierdala w Kaczyńskiego i każdą rzecz, jaka jego jest (nie będę cytować, bo napisaliśmy to wszystko już setki razy). Jednak w pozostałych dziesięciu procentach lider opozycji pozwala sobie na głębszą refleksję. No, powiedzmy: trochę głębszą.

Przyznaje np. – co uważam za szczególnie ważne – że jego błędem była „nieufność albo raczej nadmierna ostrożność, jeśli chodzi o regulacyjną rolę państwa”. Mówi też: „Ja jestem rzecznikiem wielu regulacji państwowych  i zdecydowanie większej ingerencji państwa w odniesieniu do takich wyzwań, jak np. pandemia, zdrowie czy kryzys klimatyczny”. To dość przełomowe zauważenie – zważywszy, że „etatyzm PiS”, przeciwstawiany „wolnorynkowości PO”, jest przez ostatnie lata jedną z głównych linii ataku na obecną władzę.

Padające z ust fanatycznego swego czasu liberała wyznanie wiary w regulacje i interwencje państwowe w kluczowych sprawach jest ważną deklaracją. Warto przypomnieć, że na początku swoich rządów, w zamierzchłym roku 2007 Donald Tusk był obsesyjnym entuzjastą deregulacji. Zakładał sejmowe komisje śledcze do śledzenia zbędnych przepisów regulujących rzeczy, które jego zdaniem nie powinny być uregulowane, tak, żeby każdy Polak mógł swobodnie rozwinąć biznesowe skrzydła…

Potem przyszedł światowy kryzys 2007-2008 wynikający właśnie z totalnej deregulacji systemu bankowego, która pozwoliła na bezkarne dążenie do maksymalizacji zysków kosztem uczciwości i rzetelności – i premierowi  na szczęście lekko wychłodło.

Wymuszona przez wielkie korporacje, głównie wydobywcze i zajmujące się produkcją żywności, deregulacja zezwalająca na maksymalizację zysku bez oglądania się na standardy ekologiczne jest z kolei rzeczywistym źródłem katastrofy klimatycznej, którą tak dobitnie pokazał w tym tygodniu „czerwony alarm dla ludzkości”. To raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, z którego wynika mniej więcej tyle, że bez ponownego uregulowania działalności prywatnego kapitału w drodze decyzji politycznych Ziemia jest nie do uratowania. Dalej, w bardziej lokalnym wymiarze: bez przywrócenia  regulacji rynku pracy – zniesionych przez rządy PO pod pretekstem deregulacyjnego kryzysu finansowego – nie poradzimy sobie z dramatycznym problemem śmieciowego zatrudnienia. (Choć w tej akurat sprawie Tusk jest twardy: zapytany o plagę śmieciówek, rozpętaną za jego rządów, powtarza mantrę, że „uelastycznienie przepisów prawa pracy” uratowało „miejsca zatrudnienia” – a red. Baczyński taktownie nie drąży tematu).

 

Inne zdanie Tuska, które sugeruje, że przemyślał nie tylko czynione przez PiS zło, ale także źródła jego sukcesu, to to, w którym w zawoalowany sposób krytykuje siebie, swoich partyjnych towarzyszy i szeroko pojęte zaplecze swojej formacji: „Problem wziął się i stąd, że ci wszyscy, którzy w tej dynamice XXI w. odnaleźli się trochę lepiej, nie umieli dać poczucia bezpieczeństwa, stabilności, orientacji bardzo dużym grupom ludzi”. To oczywiście „nie jest usprawiedliwienie dla Kaczyńskich, Orbánów i Trumpów” – zastrzega od razu, ale dodaje też, że „elity publiczne są w tym sensie współodpowiedzialne” za sukces pisowskiego wstecznego populizmu, gdyż „same nie potrafiły dać czytelnych drogowskazów tym, którzy z różnych powodów nie mają szansy wejść płynnie w tempo dzisiejszego świata”. Mówiąc wprost o sobie i swoich rządach – przyznaje, nieco protekcjonalnie, ale nie bez racji, że zabrakło im „cierpliwości i empatii”. I wreszcie – zwracając się do „swoich”, czyni im bardzo trafny, choć nieco zawoalowany wytyk: „Ile razy komentatorzy, także politycy opozycji, właściwie opuszczali ręce? Co jeszcze ma się zdarzyć, żeby ludzie otworzyli szeroko oczy? Ludzie dawno te oczy mają szeroko otwarte, tylko widzą co innego”. To wszystko przy odrobinie optymizmu można odczytać jako sygnały swoistej nowej myśli w obozie opozycji, takiej, która głosi, że pokonanie przeciwnika nie jest możliwe bez jego zrozumienia.

Z drugiej strony – zapytany o to, czy poza komunikatem antypisowskim ma jakąś pozytywną wizję, Tusk odpowiada radośnie: „Odsunięcie PiS od władzy to program pozytywny, konkretny i skomplikowany”. Ale gdy przychodzi do konkretów, mówi głównie o naprawianiu tego, co PiS popsuło: „projekty odbudowy ładu konstytucyjnego i naprawy sądów”; „radykalna reforma mediów publicznych”; „przywrócenie stabilizacji finansowej”, „odbudowa pozycji międzynarodowej Polski”, ale przy okazji „rozliczenie PiS z łamania prawa i z korupcji”. Większość tych zadań trudno nawet zakwestionować – ale znów jest to kazanie do chóru, mowa tylko do tych, którzy już uważają PiS za zło wcielone i i tak będą głosować na opozycję.

 

Całość na łamach