Iga z makiem – NIE

Jedna z francuskich gazet wyjaśniła swoim czytelnikom, co oznacza słowo „świątek”. Jest to sakralna figurka w przydrożnej kapliczce. Teraz wszyscy się do niej modlimy.

Wielu ludzi sądzi, że dziennikarze sportowi lubują się w wywlekaniu na światło dzienne afer i brudów. To nieprawda. Dziennikarzowi sportowemu, przynajmniej takiemu, który sport lubi, najwięcej radości sprawia opisywanie sukcesów polskich zawodników. Ostatnio było do tego kilka okazji.

Czasem ubarwiamy nawet nieco rzeczywistość, żeby podnieść wartość osiągnięcia Polki lub Polaka. Zwycięstwo 19-letniej Igi Świątek w turnieju French Open nie wymaga żadnych retuszów. Tenis to dyscyplina globalna, interesuje się nią cały świat (od jakiegoś czasu nawet Afryka, choć jeszcze nie centralna), miliony ludzi odbijają rakietą piłeczki. Stał się dużą gałęzią biznesu. Wygranie turnieju Wielkiego Szlema po raz pierwszy w historii udało się Polce. Polakowi jeszcze nie.

Nie da się o Idze Świątek napisać ani powiedzieć czegoś nowego i oryginalnego. Cały kraj wie, że Iga ma kota, lubi układać puzzle, rajcują ją ostre gitarowe riffy, świetnie zdała maturę, ale nie jest typem układnej kujonki (zdarza się jej w złości puścić wiązankę), wszyscy poznaliśmy rodzinę Świątków, zwłaszcza elokwentnego wujka. Nade wszystko, świat zobaczył jej sympatyczny uśmiech i nieskażony gwiazdorstwem sposób bycia. Brawo!

 

Świątkomania

Niektórzy porównują to, co dzieje się teraz wokół Igi Świątek, do małyszomanii po zwycięstwach polskiego skoczka na przełomie wieków. Jedno rzeczywiście łączy te 2 zjawiska. Pojawiły się w trudnych dla kraju momentach. Adam Małysz wygrywał konkursy Pucharu Świata w czasie gdy upadł jeden ustrój, a drugi na dobre się nie zaczął. Wielu ludzi popadło w nędzę i ze złością patrzyło na błyskawicznie bogacące się wyjątki. Polski sport, jeszcze niedawno chluba socjalistycznej ojczyzny, upadł. Zwycięstwa Małysza krzepiły serca i zaspokajały naturalną potrzebę manifestowania dumy narodowej, której akurat nie było skąd czerpać.

Oczywiście dalekie skoki Małysza nie sprawiły, że ludzie ruszyli do sklepów w poszukiwaniu długich nart. Dyscyplina nie ma prawa stać się masowa. Akcja „Cała Polska nosi wąsy” była chyba najbardziej widocznym przejawem jej masowości.

Małyszomania, kontynuowana przez Kamila Stocha, Dawida Kubackiego i Piotra Żyłę, jest – zdobądźmy się na szczerość – miłym, ale dość zaściankowym zjawiskiem. Ile osób na świecie skacze na nartach? A ile w ogóle interesuje się tą dyscypliną sportu?

Pozostając przy sportach zimowych, warto wspomnieć, że sukcesy Justyny Kowalczyk w biegach narciarskich miały rzeczywiście masowy wymiar. Przez jakiś czas brakowało w polskich sklepach „biegówek” (zapasów w magazynach nie było, bo wcześniej nikt o nie nie pytał), ludzie zaczęli wychodzić z nartami gdzie tylko było można, a nawet tam, gdzie nie wolno. Choć Kowalczyk skończyła karierę, coś z tej masowości jeszcze zostało, ale trzeba przyznać, że Polski Związek Narciarski, zafascynowany sukcesem skoków, nie wykorzystał szansy spopularyzowania innej konkurencji narciarskiej ani nie zadbał o wychowanie następczyni złotej medalistki olimpijskiej.

Sukces Igi Świątek też zdarzył się w trudnym momencie, nie tylko dla Polski. Strach przed koronawirusem, coraz bardziej odczuwalne skutki kryzysu ekonomicznego; jest się czym martwić. Młodziutka tenisistka, podobnie jak wcześniej wąsaty skoczek narciarski, dała potrzebny w takich chwilach moment radości, zapomnienia o codziennych problemach.

 

Całość na łamach