Karuzela na Bielanie – NIE

Czy Kaczyński jest normalny i w jakim stopniu?

 

Jarosław Kaczyński znowu z łaski na uciechę podpalił lont – tym razem pod własną formacją – przy okazji przeczołgując przez błoto jednego ze swoich najbliższych współpracowników.

Wielkie pytanie tego tygodnia brzmi: po cholerę Adam Bielan – w końcu polityk doświadczony i na pewno nie idiota – wywołał awanturę, w której na idiotę niewątpliwie wychodzi. Ogłoszenie, że Jarosław Gowin od trzech lat nie jest szefem Porozumienia Jarosława Gowina i że jest nim de facto Bielan, z całą pewnością nie było realnym sposobem na przejęcie władzy w partii. Było sposobem na to, żeby się ośmieszyć i dać wyrzucić z formacji, w której i tak nikt go nie lubił. Po co?

 

Jeżeli celem miało być przeczołganie Gowina – to klęska jest zupełna. Nie ma wątpliwości, że Gowin wychodzi z tej konfrontacji silniejszy: okazał się człowiekiem, od którego osobistej decyzji zależy trwanie rządu Zjednoczonej Prawicy i który jutro mógłby zostać premierem albo marszałkiem Sejmu, gdyby tak postanowił. Co więcej – nie mam wątpliwości, że Bielan musiał wiedzieć, że tak to się skończy, wiedząc, jaka jest jego pozycja w Porozumieniu, zwłaszcza po tym, jak zerojedynkowo zdefiniował swoją lojalność w kwestii wyborów kopertowych z 10 maja. Bielan może się zarzekać, że wcale nie chce być szefem partii, że jego zamiarem jako przewodniczącego konwencji krajowej jest doprowadzenie do wyborów, w których nie zamierza startować i że to nie jego pomysł, tylko wymóg statutu, ale i tak wszyscy wiedzą, że sam się ogłosił liderem. Sytuacja głupia i kompromitująca.

I w takich właśnie sytuacjach Jarosław Kaczyński uwielbia stawiać swoich ludzi, żeby przypomnieć im, gdzie jest ich miejsce.

 

Pamiętacie historię w odwołaniem Jacka Kurskiego w 2016 r.? Joanna Lichocka złożyła wniosek o odwołanie prezesa TVP i cała Rada Mediów Narodowych go poparła – w tym Krzysztof Czabański i Elżbieta Kruk. Rada z dumą ogłosiła wiadomość mediom, ale chwilę później Kaczyński wezwał Lichocką i Czabańskiego. Po ich powrocie z Nowogrodzkiej okazało się, że Kurski wcale nie jest odwołany i w zasadzie w ogóle nie miał być. Nienawidzący Kurskiego Czabański musiał wziąć na siebie odpowiedzialność za „zamieszanie”. Co ambitniejsi antypisowcy dziennikarze spekulowali, że Lichocka z Czabańskim podjęli próbę zamachu stanu w TVP za plecami Kaczyńskiego, „licząc, że ten jest już na urlopie”. To chyba najgłupsza teza, jaką można wymyślić. Mówimy o roku 2016, a nie 1816: nawet Kaczyński ma komórkę; ma też tłum oddanych dworzan, którzy natychmiast by mu donieśli. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach by nie uwierzył, że decyzja tej rangi, co odwołanie prezesa Telewizji Polskiej, mogła być podjęta bez wiedzy i zgody prezesa Polski. Chodziło o to, żeby obie strony – zarówno Czabański z Lichocką, jak i Kurski – przypomnieli sobie, kto tu rządzi.

 

Swoją drogą niektórzy dziennikarze spekulowali wówczas, że Kaczyński naprawdę chciał odwołania Kurskiego, ale „zmienił zdanie”; być może pod wpływem braci Karnowskich, z których opiniami jakoby „liczy się nie od dziś”.

 

Całość na łamach