Koronawirusizm – NIE

Jak zostałem człowiekiem wierzącym.

 

Tydzień temu udałem się wraz z konkubiną na krótki odpoczynek nad polskie morze. Na wiele dni przed wyjazdem partnerka biegała rozgorączkowana, poszukując w sklepach płynów dezynfekcyjnych zawierających minimum 90 proc. alkoholu, rękawic gumowych wszelkich rozmiarów, a także przyłbic oraz maseczek – w tym specjalistycznych, spełniających normę FFP3. Choć wolałaby zapewne taką, która nie przepuszczałaby mi nawet powietrza.

Jeszcze przed wejściem do autobusu (ona nalegała na bezpieczniejsze auto, ale ja na PKS, gdyż to ja płacę) partnerka moja instruowała, jak mamy się zachować, gdyby ktoś ze współpasażerów nie posiadał maseczki. Że trzeba będzie zwrócić uwagę, a „trzeba” w jej ustach nieuchronnie oznacza, że zrobić to mam ja. Tak też było, gdy szturchany przez nią łokciem chodziłem denuncjować kierowcy kolejnych niefrasobliwych podróżnych.

Po dojechaniu na miejsce skażoną odzież według zalecenia ukochanej mieliśmy zdjąć i schować do specjalnie przygotowanego worka, wyszorować się, a następnie wypsikać wszystko – od sedesu, przez sztućce, po pościel – co znajdowało się w pokoju. I tu popełniłem błąd – zmęczony podróżą tuż za drzwiami tak jak stałem pierdolnąłem się na łóżko.

Jej twarz zrobiła się zielona, purpurowa, w końcu brązowa, choć jeszcze nie poszła się opalać.

– Co ty, kurwa, najlepszego narobiłeś?! – wrzasnęła.

– Proszę?

– Boże, co my teraz zrobimy? Trzeba będzie wracać!

I wtedy na mą postać spłynął strumień ciepłego światła, całkiem jak na filmach pokazują. Zostałem osobą wierzącą.

***

Łaska wiary, która mnie spotkała, nie oznaczała oczywiście, że stałem się katolikiem czy mahometaninem. Moja religia jest o niebo lepsza! Nazwałem ją roboczo koronawirusizmem.

Zanim przejdę do omówienia założeń tego obrządku, wyjaśnię, że nie należę do tych zjebów, którzy twierdzą, że żadnego wirusa nie ma, jest spiskiem żydowsko-chińskim, stworzył go Bill Gates itp. Koronawirus istnieje, jest naukowo udowodniony, groźny, powinniśmy się go wystrzegać i słuchać w tej sprawie specjalistów. I to jest właśnie w mojej religii najpiękniejsze!

Aby zostać wyznawcą koronawirusizmu, trzeba spełniać te same warunki, co przy innych religiach: przede wszystkim być człowiekiem ograniczonym. I o ile ja ogólnie rozumiem, czym jest wirus, skąd się wziął i jak działa, o tyle jestem za krótki umysłowo, aby wiedzieć, co z tym faktem począć. Całą doktrynę nowej wiary musieli mi wytłumaczyć jej kapłani.

Ci, jak to u zalążków każdej religii bywa, od początku nie zgadzali się ze sobą. Jeden ekspert twierdził, że trzeba nosić maski. Inny, że nie, a kolejny, że jeszcze nie. Wszystkie religie mają problem z przedmiotami wkładanymi na łeb – kto ma nosić jaką czapkę, chustę, kiedy je wdziewać, a kiedy zdejmować. Koronawirusizm nie jest więc wyjątkiem…

Gdy każdy mędrzec już swoje w marcu popierdolił, po kilku tygodniach zebrał się synod biskupów, zwany Światową Organizacją Zdrowia. I coś uchwalił, ale zaraz znaleźli się odszczepieńcy à la Luter. Gdy Polska była już zamknięta na cztery spusty, w takiej Szwecji czy Anglii ludzie łazili swobodnie po kawiarniach i basenach.

I tu w głowie mojej – wiernego – szybko pojawiły się wątpliwości. Słuchać mam polskiego prymasa Szumowskiego, który, jak cała jego partia, jest skończonym krętaczem, czy też hierarchów z innych, bardziej od Polski rozwiniętych państw? Komu ufać, skoro powierzam im własne życie?

Na czoło pochodu o prymat, jak już w historii bywało, szybko wysunęli się Włosi – trup nie wiedzieć czemu ścielił się tam tak gęsto, że odebrali władzę założycielom i stali się stolicą kolejnej, tym razem również mojej religii.

Próbowałem zostać uczonym w piśmie. Czytałem pełne niezrozumiałych pojęć zagraniczne opracowania najwybitniejszych autorytetów z dziedziny epidemiologii, którzy nie zgadzali się nawzajem w podjętych krokach. Wkrótce stałem się bezradny, przestraszony, nierozumiejący złożoności zdarzeń i pozbawiony kompasu. Łaknąłem autorytetu, który stanie w sandałach na skale i powie mi, jak żyć. Byłem idealnym obiektem do indoktrynacji religijnej. I wtedy pojawił się on, cały na biało.

 

Całość na łamach