Księga w rodzaju – NIE

Biblia, do której brandzlują się naziole.

 

W listach do redakcji zarzuca nam się od czasu do czasu, że za mało piszemy o kulturze. No to postanowiłem zrecenzować książkę. Tak się składa, że akurat na polskim rynku ukazała się nowość wydawnicza – „Mein Kampf” – pewnego wszechstronnie utalentowanego niemieckiego autora. Oprócz literatury znalazł on bowiem jeszcze m.in. czas na malarstwo.

 

Mimo upływu prawie stu lat od premiery w monachijskim wydawnictwie Franz Eher Nachfolger dzieło to nie straciło nic na zabójczości. Polskie wydanie Bellony waży prawie 1,8 kg. Gdyby przywalić nim księgarzowi w łeb, niechybnie stałby się kolejną z licznych ofiar twórczości Hitlera.

A przypierdolić jest za co: cena okładkowa wynosi niespotykane na rynku 149,90 zł! Już samo to pozwala uwierzyć w spisek światowej finansjery, zanim jeszcze zajrzy się do środka.

 

Adolf Hitler napisał „Mein Kampf” w twierdzy Landsberg, przebywając tam po nieudanym puczu monachijskim. Gorzej od Hitlera cierpiał w więzieniu z pewnością Rudolf Hess, gdyż musiał spisywać przemyślenia wodza dyktowane w celi.

18 lipca 1925 r., kilka miesięcy po wyjściu z ciupy, opublikowano na rynku niemieckim pierwszą część „Mein Kampf” –  „Rozrachunek”. Były to głównie wspomnienia Hitlera z lat młodości, nieudanej kariery artystycznej w Wiedniu, a później walki na froncie I wojny światowej.

11 grudnia 1926 r. na rynku ukazał się drugi tom, traktujący o ruchu narodowosocjalistycznym. Liczącą 782 strony całość wydano następnie w jednym woluminie.

 

O Polakach Hitler wzmiankuje na łamach książki kilkakrotnie, ale nie byliśmy dla niego istotni. Pisze o nas jednak jako o zwierzętach wcale nie wszędzie najgorzej, raz siląc się nawet na coś na kształt komplementu o naszym patriotyzmie.

Pamiętać należy, że to nie pisarz Hitler zrobił jednak gwiazdę z polityka Hitlera, tylko odwrotnie – publikacja sprzedawała się ze względu na rosnące znaczenie tego wiecowego bożyszcza. W latach 1925-1927 czytelnicy kupili zaledwie 23 tys. egzemplarzy pierwszego tomu i 13 tys. drugiego. Do roku 1932, gdy pełnia władzy była już na horyzoncie – łącznie 230 tys. Tylko w roku 1933, gdy Hitler został kanclerzem – milion.

Dzięki tantiemom (początkowo 10, później 15 proc. ceny okładkowej) Hitler stał się zamożnym człowiekiem, dzięki czemu mógł zrezygnować z kanclerskiej pensji. Łączny nakład „Mein Kampf” do końca wojny szacowany jest na prawie 12,5 mln egzemplarzy. Kolejna książka Hitlera, napisana w 1928 r. 200-stronicowa „Zweites buch”, nie ukazała się w druku ze względu na zawirowania polityczne.

Autor zarobił dzięki pisarstwu kilkanaście milionów marek i mógłby cieszyć się ich wydawaniem, gdyby nie problemy w życiu prywatnym. Dzień po ślubie nie wytrzymał i w łeb sobie palnął.

 

Odbiór „Mein Kampf” poza granicami Niemiec był mieszany. Nazistowskie wydawnictwo pilnie strzegło praw autorskich i chciało cenzurować wydania na różne rynki, w tym szczególnie brytyjski i francuski, aby miejscowi czytelnicy nie czuli zagrożenia ze strony Niemiec. Zagraniczni wydawcy, często sprzyjający Hitlerowi, ku rozgniewaniu fűhrera wypuszczali jednak własne pełne tłumaczenia. Do 1939 r. ukazały się m.in. wydania arabskie, chińskie i japońskie. Z dziełem Hitlera wnikliwie zapoznali się według historyków i Churchill, i Stalin.

W Polsce książka nigdy nie zrobiła furory. Najpierw zakazywano jej dystrybucji, powołując się na opisane w kodeksie karnym przestępstwo zniewagi narodu polskiego. „Mein Kampf” krążyło więc głównie wśród mniejszości niemieckiej, która rozumiała w tym języku. Udane próby przetłumaczenia książki rozbiły się o politykę, a następnie o wojnę – gdy Polacy mogli zapoznać się już z dziełem Hitlera w praktyce.

 

Całość na łamach