Lekcja „Głębokiego Gardła” – NIE

PiS-u nie pokona zagranica. Zrobić to może tylko ulica.

Gdy miliony polskich dzieci czekały w grudniu na Mikołaja z prezentami, w Warszawie nieco większe – choć jeszcze bardziej naiwne – dzieci z liberalnych mediów czekały, aż unijne Mikołaje z Brukseli i Berlina dadzą pisowcom rózgę. Jednak mechanizm przestrzegania praworządności jest tak bezzębny, że nie zmusił premiera Morawieckiego do zawetowania budżetu Unii Europejskiej.

Skoro prędzej czy później bachory dowiedzą się, że Mikołaja nie ma i to tatuś i mamusia kupują prezenty – a jeśli dzieje się to dopiero po szóstym roku życia, to chyba coś jest nie tak – zatem najwyższy czas, aby dzieciuchy z „Wyborczej”, „Newsweeka” czy TVN wreszcie pojęły, że UE to nade wszystko twardy biznes dużych graczy, a cała reszta to kwiatek do kożucha.

 

Pompowanie balonika

W połowie listopada „Newsweek” przeprowadził rozmowę z Piotrem Burasem, „ekspertem ds. europejskich”, której tytuł był jakże miły dla redaktora naczelnego pisma Tomasza Lisa (info dla młodzieży – to ojciec dziewczyny Taco Hemingwaya): „Weto budżetu byłoby gwoździem do trumny PiS”. Ekspert Buras wieszczył, że w razie weta w rządzie wybuchnie kryzys, w razie jego braku – PiS wystawi się na ostrą krytykę ziobrystów i innych radykałów. Cóż, minął prawie miesiąc po powrocie Morawieckiego ze szczytu, a krytyka Ziobry i jego cerberów jest tak nikła, że można ją nazwać najwyżej krytyczką.

„Onet” 22 listopada w długiej jak na siebie – do przeczytania w 6 minut – publikacji „Unijny blef premiera. Mamy słynny list Ziobry do Morawieckiego” Andrzej Gajcy dał wstrząsający wstęp: „Premier Mateusz Morawiecki oficjalnie deklaruje, że Polska jest gotowa wysadzić w powietrze unijny budżet i nigdy nie zgodzi się na powiązanie funduszy unijnych z przestrzeganiem reguł praworządności. Ale przeciwnicy premiera w obozie władzy twierdzą, że robi on wszystko, by ten mechanizm w łagodniejszej i bardziej kompromisowej formie wszedł w życie – i to mimo sprzeciwu samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego”. Artykuł składa się z bajań, jak to koalicja rządowa trzęsie się w posadach. Można odnieść nadzieję, że wystarczy dmuchnięcie i rozleci się jak domek z kart.

W korespondencji z Brukseli dla „Polityki” Tomasz Bielecki na początku grudnia ostrzegał, że „od praworządności PiS nie ucieknie”.

 

Gospodarka, głupcze!

Koniec końców okazało się, że choć w Budapeszcie i Warszawie rządzą prawicowe szuje, to jednak nie idioci. A eurokraci, jeżeli nic to nie kosztuje podatnika w Berlinie czy Paryżu, mają raczej wyjebane na przestrzeganie prawa. Dopóki w przetargach w Polsce mogą wygrywać – i wygrywają – firmy niemieckie, skandynawskie czy francuskie, to Orbán i Morawiecki mogą spać spokojnie. Komisja Europejska nie zamierza przykładać ręki do obalenia reżimów na Węgrzech i w Polsce.

Powiedzmy wprost: ten scenariusz był oczywisty. Przynajmniej dla każdego, kto ma trzeźwe, a nie sentymentalne spojrzenie na politykę. U źródeł tego stanu rzeczy leżą interesy ekonomiczne czołowych krajów europejskich, zwłaszcza Niemiec. Jak to ujął prezydent Bill Clinton, „Gospodarka, głupcze!”.

Tę samą myśl wyraził „Głębokie Gardło” (czyli Mark Felt, zastępca dyrektora FBI), informator Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, który był źródłem przecieku w aferze Watergate. Dał on dziennikarzom złotą radę: „Idźcie za pieniędzmi” (follow the money).

No to idźmy!

 

Całość na łamach