Lepszy Biedroń w garści – NIE

Szanowni Czytelnicy! Przyjaciele! Towarzysze! Chociaż zęby bolą, zagłosujmy na lewicę.

Średnie notowania Roberta Biedronia z przedwyborczych tygodni to 3 proc. – 3 razy mniej niż poparcie stojącej za nim Lewicy. To informacja ponura, ale niezaskakująca. Od czasu, gdy, w 2018 r., co czwarty Polak deklarował gotowość wybrania ówczesnego prezydenta Słupska na prezydenta Polski, Biedroń zrobił bardzo dużo, żeby rodaków do siebie zniechęcić.

Oczywiście jest w tym element fatalnego „timingu” – Biedroń za wcześnie osiągnął szczyt popularności i nie dał rady jej podtrzymać. Jest też – żeby nie przemilczeć słonia w pokoju – kwestia rezygnacji z europoselskiego mandatu. Pokusa zostania przez 5 lat zamożnym człowiekiem okazała się za duża, co pewnie sporo ludzi mogłoby zrozumieć, gdyby Biedroń nie próbował robić z wyborców idiotów i przekonywać, że nigdy nic takiego nie mówił.

Poza tym – obiektywnie rzecz biorąc – tegoroczna kampania była dla Biedronia nieszczęśliwa. Nie tylko dlatego, że – co przecież słyszymy od wszystkich kandydatów – „jego siłą są bezpośrednie spotkania z ludźmi”, bardzo ograniczone w czasie pandemii, ale także, a może przede wszystkim z powodu braku konsekwentnej wizji programowej, która wyróżniałaby go spośród innych antypisowskich kandydatów. O ile 5 tez programowych, które kandydat Lewicy ogłosił 3 czerwca na otwarcie nowej edycji kampanii, było udanym i dobrze zbilansowanym lewicowym credo – opodatkowanie Kościoła, budownictwo socjalne, zatrzymanie reprywatyzacji, liberalizacja prawa aborcyjnego, doinwestowana i chroniona przed prywatyzacją służba zdrowia („Biedronia z rzędem”, „NIE” nr 23/2020) – o tyle przekaz, jaki docierał do nas w następnych kilku tygodniach cierpiał na wyraźny brak wizji. Opowieści o minimalnej emeryturze w wysokości 1600 zł są oczywiście słuszne – ale po pierwsze obietnice finansowe w tych wyborach bardzo się zdewaluowały, a po drugie prezydent nie ma nic do wysokości emerytur, co komentariat w ostatnich tygodniach uświadamia obywatelom z tak wielkim zawzięciem, iż podejrzewam, że ludzie zaczynają to rozumieć.

 

Wykluczeni za PRL

Oryginalnym – i odważnym – postulatem w dziedzinie emerytur jest deklaracja cofnięcia (walki o cofnięcie) ustaw dezubekizacyjnych, które doprowadziły tysiące byłych funkcjonariuszy i ich rodziny na skraj nędzy. Ale w tej sprawie Biedroń wykazuje pewną tchórzliwość: zapytany, czy „przywróciłby przywileje emerytalne esbeków”, udziela tzw. odpowiedzi wymijających: że takich osób jest bardzo niewiele, a generalnie chodzi o prawa nabyte bibliotekarek i urzędników PESEL, z którymi państwo się na coś umówiło… Wszystko prawda, ale jeśli chcemy przebić się z tego typu przekazem, trzeba to robić odważniej. Co jest o tyle istotne, że jest to przekaz skrojony na potrzeby wyborców SLD; czyli jedynej z trzech formacji zjednoczonej lewicy, która ma prawdziwie wierny i zdyscyplinowany, ale także dość konserwatywny elektorat, dla którego Biedroń jest ze swojej natury mało przekonujący. Stąd jeśli w programie lewicowego kandydata pojawił się punkt adresowany do nich, to nie był moment na nieśmiałość. Biedroń powinien skorzystać z okazji do pryncypialnej obrony Polski Ludowej, co miałoby tę zaletę, że natychmiast zostałoby nagłośnione przez prawicowe media z obu stron barykady, dla których antypeerelizm jest wspólnym dogmatem.

 

Wykluczeni przez śmieciówki

Pod tym względem Biedroń ma bowiem rację: Platforma Obywatelska jest formacją prawicy. Nawet jeśli w tych wyborach w wyniku zbiegu okoliczności i sondaży postawiła na kandydata z lewego (dokładniej: z postępowego) skrzydła, na polityka, który kojarzony jest raczej z postawą krytyczną wobec Kościoła, choć oczywiście w kampanii stara się ten antyklerykalizm tonować, żeby nie wystraszyć ewentualnych wahających się pisistów. Ale przecież – dobrze, że Biedroń zauważa – lewicowość nie kończy się na niechęci do Kościoła. Co z umowami śmieciowymi, 2,5 miliona ludzi bez ubezpieczenia zdrowotnego, wykluczeniem komunikacyjnym, prywatyzacją usług publicznych – żeby wymienić tylko kilka przypominanych przez Biedronia kwestii, które odróżniają lewicę od prawicy.

 

Antydudzizm w pierwszej i drugiej turze

Żeby nie było wątpliwości: rozumiem powab, jaki dla ludzi, którzy czują się chorzy w pisowskiej Polsce, ma głosowanie na Trzaskowskiego. Trzaskowski ma wszak cechę, która czyni go w oczach takich ludzi po prostu pięknym: realną szansę wygrania z Andrzejem Dudą. Nawet dla tej części lewactwa, która, tak jak ja, docenia keynesizm polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości i jej osiągnięcia w walce z biedą – szansa na danie po nosie Dudzie z jego infantylnym autorytaryzmem, chłopięcym samozachwytem, żenującą homofobią i cielęcym proamerykanizmem jest bardzo ekscytująca.

Apelowałabym jednak, żeby oprzeć się pokusie. Duda będzie tak samo pokonany, jeśli przegra w drugiej turze – do czego głosy wyborców lewicy na pewno się przyczynią. Według sondażu IBRiS dla „Wirtualnej Polski” aż 97 procent zwolenników Biedronia wie już dziś, że 12 lipca zagłosuje na Trzaskowskiego (dla porównania: 74 procent wyborców Hołowni i 70 procent Kosiniaka). Ten powszechny antydudzizm Biedroniowych wyborców nie jest zaskakujący: sądzę optymistycznie, że to obrzydlistwo ostatniej homofobicznej szarży prezydenckiej skłania ich do tak zunifikowanej reakcji.

Jednak

zagłosowanie na Trzaskowskiego już w pierwszej turze jest – z punktu widzenia ludzi, którzy chcieliby widzieć więcej lewicowości w polskim życiu publicznym – marnym pomysłem.

Po skutecznym zmarginalizowaniu lewicy pod przywództwem Barbary Nowackiej w roku 2015 pół sceny znikło z krajobrazu polskiej polityki. Jeśli jej wyborcy w niespełna rok po przywróceniu lewicy praw obywatelskich na polskiej scenie politycznej uznają, że nie warto zademonstrować swoich poglądów albo wręcz istnienia – nie będziemy mieli prawa oczekiwać, żeby liczono się z nami w przyszłości.

 

Jak nie Biedroń to Witkowski

A jeśli ktoś naprawdę nie jest w stanie przełknąć Biedronia – bo od znajomego lewactwa słyszę i takie głosy – ma do wyboru Waldemara Witkowskiego. Wiarygodnego działacza społecznego, przewodniczącego marginalnej wprawdzie, ale istniejącej od dawna i zerojedynkowo lewicowej Unii Pracy. Witkowski został dopisany do listy kandydatów dzięki decyzji Sądu Najwyższego, który nakazał Państwowej Komisji Wyborczej uwzględnić 97 tys. ważnych podpisów złożonych przez Witkowskiego w kwietniu. Jego może nie natchniony, ale spokojny merytoryczny występ w kadłubowej debacie TVP zwrócił na niego uwagę i przesunął z kategorii „folkloru” do „alternatywy”. Można mieć zastrzeżenia co do źródeł tej kandydatury – która zrodziła się personalnych konfliktów kierownictwa dzisiejszej lewicowej koalicji z tą częścią lewej drobnicy, która się na tę koalicją nie załapała – ale to tak naprawdę wyborców ani nie dotyczy, ani nie powinno obchodzić. Ważny jest efekt, a efektem jest sensowna, nawet jeśli nierealistyczna alternatywa dla tych wyborców, którzy chcą w pierwszej turze dać wyraz swojej lewicowości w świecie zdominowanym przez wojnę prawicy elit z prawicą prowincji.

Dodatkowy plus jest taki, że gdyby Witkowskiemu udało się zdobić kilka procent głosów, być może utoruje to, w pewnej perspektywie, drogę do rozszerzenia lewicowej koalicji; tak jak kilka procent Razem w 2015 r. doprowadziło 4 lata później do stworzenia dzisiejszego bloku sejmowego. Mimo – dodajmy – całego wkurwienia, które owe uszczknięte 4 proc. wzbudziły w wyrugowanym przez to z Sejmu SLD i jego ówczesnych koalicjantach. Ewentualne punkty Witkowskiego dziś na pewno wkurwią Czarzastego i resztę kompanii, ale być może gdy za 3 lata przyjdzie czas budowania nowej formacji na lewej stronie sceny politycznej, jej liderzy okażą się mądrzejsi niż są teraz.