Męczennica macicy – NIE

Pouczający finał pouczającego życiorysu.

Norma McCorvey zmarła 2 lata temu, ale dopiero w maju na ekrany trafił film dokumentalny „AKA Jane Roe” („Znana też jako Jane Roe”) zawierający jej ostatni wywiad będący – jak sama to cokolwiek ironicznie nazwała – „spowiedzią na łożu śmierci”. To radosna wiadomość dla wszystkich – ale przede wszystkim amerykańskich – zwolenników prawa wyboru.

 

Dziecko: pewna dolegliwość

Jane Roe to pseudonim nadany Normie przez prawniczki Lindę Coffee i Sarę Weddington, gdy w jej imieniu pozwały stan Teksas w osobie prokuratora okręgowego z Dallas Henry’ego Wade’a. Pozew głosił, iż zakazując Normie przerwania ciąży, stan Teksas narusza jej prawo do prywatności zawarte w 9. poprawce do konstytucji USA. Po batalii w sądzie stanowym sprawa trafiła do Sądu najwyższego, do którego zresztą od początku była przewidziana. 22 stycznia 1973 r. Sąd Najwyższy stosunkiem głosów 7 do 2 uznał, że „prawo do prywatności osobistej jest na tyle szerokie, iż obejmuje także prawo kobiety do podjęcia decyzji o przerwaniu – lub nie – ciąży”. Sąd doprecyzował: całkowita wolność dokonania aborcji w pierwszym trymestrze, możliwość regulowania (ale nie zakazania) tego prawa przez stany w drugim i ewentualna możliwość zakazu w trzecim. Sąd uznał, że zakaz aborcji narusza prawo kobiety do prywatności w kilku wymiarach: posiadanie niechcianych dzieci może być źródłem „stresującego życia i przyszłości”; może wyrządzić jej „bezpośrednią krzywdę psychologiczną”; opieka nad dzieckiem stanowi „obciążenie dla zdrowia fizycznego i psychicznego matki”; posiadanie niechcianego dziecka jest „dolegliwością dla wszystkich zainteresowanych”. Zgodnie z amerykańskim systemem konstytucyjnym wyrok miał – i ma – moc obowiązującą dla wszystkich stanów USA. Co oczywiście nie przeszkadza prawakom w próbach jego obalenia; próby te bardzo nasiliły się w ostatnich latach, co przypisuje się inspiracji prezydenta Trumpa, znanego z szacunku dla życia i niezłomnego przywiązania do zasad moralności.

Jane Roe przez ponad 4 dekady była aktywną uczestniczką tej batalii, występując najpierw po jednej, a później po drugiej stronie.

 

Jem i myślę o aborcji

Pewną ironią, związaną z jej rolą ikony walki o prawo do aborcji, był fakt, iż nigdy aborcji nie dokonała; gdy składała pozew, była w piątym miesiącu, zatem korzystny wyrok przyszedł długo po porodzie. Skądinąd ciąża, która stała się zaczynem sprawy Roe vs Wade, była trzecią ciążą McCorvey; pierwsze dziecko oddała na wychowanie matce (być może nie całkiem dobrowolnie); drugie oddała do adopcji. Jej życie było dość ponurym ciągiem nieszczęść i błędów, zdeterminowanym od początku: matka Normy była alkoholiczką ze skłonnością do przemocy, ojciec unikał domu jak ognia. Norma trafiła do katolickiej szkoły z internatem – to nigdy nie jest dobry pomysł, ale już szczególnie dla niepogodzonej ze swoją seksualnością młodej lesbijki – a później do poprawczaka. W wieku 15 lat uciekła ze starszym o 6 lat hutnikiem, z którym zdążyła wziąć ślub i rozwieść się jeszcze przed narodzinami pierwszego dziecka. Później szukała swojego miejsca na ziemi, wdając się w różne toksyczne związki z ich wszystkimi fatalnymi konsekwencjami.

Epopeja niechcianych ciąży, drobnych zatargów z prawem i przygodnych relacji z osobami płci obojga zakończyła się, gdy Norma poznała Connie Goznales – starszą o 16 lat, świadomą swej seksualności kobietę, z którą zamieszkała. Był to początek lat 70. XX w., coming outy stawały się coraz powszechniejsze, Norma i Connie prowadziły pracowite życie dzienne i rozrywkowe nocne – i generalnie świat zaczął wyglądać nieco weselej.

W tym czasie bardzo powoli Norma McCorvey zaczęła stawać się twarzą batalii o prawa kobiet: najpierw w okazjonalnych rocznicowych wywiadach, a potem w coraz bardziej regularnej działalności społecznej. A potem nadeszła rewolucja konserwatywna Reagana i bardzo silny odpór ze strony postępowców, zwanych w USA liberałami – i wtedy swoista kariera Normy rozkręciła się na dobre. NBC nakręciła film o jej batalii sądowej, w którym zagrała ją Holly Hunter. Czołowe feministki ze świata polityki i sztuki – Cybill Shepherd, Gloria Steinem, Glenn Close czy Jane Fonda – znały i sławiły jej nazwisko jako symbolu walki o prawa kobiet. W szykownej restauracji „Baci” w Los Angeles McCrovey była główną atrakcją brunchu z udziałem postępowych gwiazd kina i celebrytów, płacących po 100 dolarów od głowy. Kasa miała trafić do „Fundacji Jane Roe”, założonej kilka lat wcześniej, aby „zagwarantować dostęp do bezpiecznej aborcji ubogim kobietom z Teksasu” – choć w realu trafiła ponoć do prywatnej kieszeni Normy. W 1994 r. wydawnictwo Harper Collins wydało jej autobiografię „I am Roe” („Jestem Roe”), chwaloną wylewnie przez liberalne media. McCorvey stała się obowiązkowym gościem wszystkich dyskusji o prawie aborcyjnym. „To całe moje życie. Żyję, jem, oddycham, myślę tylko o aborcji” – mówiła w rozmowie z agencją AP w styczniu 1995 r.

 

Całość na łamach