Morawiecki na granicy szaleństwa – NIE

Co głupiego musiał zrobić polski rząd, żeby się znaleźć w centrum zainteresowania połowy Europy.

 

Piątek 13 marca był szczęśliwym dniem w sztabie wyborczym prezydenta Andrzeja Dudy. Ktoś usłyszał, że Słowacja chce zamknąć granice i pomyślał, że to genialny pomysł. Łączył w sobie to, że władza coś robi, oraz to, dzięki czemu Orbán od lat wygrywa wybory – niechęć do cudzoziemców. Pomysł błyskawicznie trafił do premiera Mateusza Morawieckiego. Premierowi zostało tylko obwieszczenie go narodowi przy okazji wprowadzania stanu epidemicznego.

Nikomu z rządu nie wpadło do głowy, żeby zadzwonić do sąsiednich krajów ani tym bardziej do Brukseli. Nie pogadano nawet z fachowcami od transportu. Geniusze z otoczenia premiera wykombinowali, że ponieważ nie da się uruchomić wielu przejść z kontrolami, to trzeba je ograniczyć do minimum.

 

O tym wszystkim świat i Polacy dowiedzieli się w piątek wieczorem, w chwili gdy każdy normalny człowiek zaczynał weekend. W sobotę nie było zatem nikogo, kto mógłby podejmować decyzje o zmobilizowaniu ludzi i środków, aby granice Polski nie stały się nową żelazną kurtyną.

O północy z soboty na niedzielę opuszczono szlabany i się zaczęło.

Stanęły TIR-y. Kierowcom co prawda nowe przepisy nie kazały czekać w 2-tygodniowej kwarantannie, ale za to mieli do wypełnienia ankiety, w których musieli wypisać mnóstwo niepotrzebnych danych osobowych. Po to, aby polskie służby wiedziałyby, gdzie ich szukać. Nie znalazł się żaden mędrzec, który by pomyślał, że wystarczy numer rejestracyjny. Dzięki niemu wszystkie dane, bez żadnego wpisywania, były do znalezienia w ciągu minuty.

Ponieważ kierowcy oprócz zmierzenia temperatury musieli przez kwadrans wypełniać kwity, w ciągu godziny przez jeden pas mogły wjechać do Polski ledwie 4 ciężarówki.

Tak samo było z osobówkami, busami i autokarami. A nawet trwało to dłużej, bo ankiety musieli wypełniać również pasażerowie. Jeśli byli Polakami albo mieli robotę w Polsce czy jakoś tak, to mogli wjechać i przez 2 tygodnie nie wychodzić z chałupy pod karą 5 tys. zł grzywny. Jeśli natomiast kierowca na przejściu był Ukraińcem, Litwinem czy innym nie-Polakiem, miał przerąbane, bo musiał przejście odjechać w stronę, z której przyjechał. Stan epidemiczny zabraniał wpuszczania takich ludzi na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej.

 

Wiadomość o tym, że wolność przemieszczania się ramach Unii Europejskiej szlag trafił, dotarła do Brukseli dopiero w niedzielę.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Layen skwitowała to delikatnie. „Niektóre kontrole mogą być uzasadnione, ale ogólne zakazy podróży nie są postrzegane przez Światową Organizację Zdrowia jako najskuteczniejsze” – stwierdziła, mimo że na pozamykane Polskę, Czechy i Danię sypały się w tym czasie gromy medialne. Najdelikatniejsze wydawało się określenie „Financial Times”, że to, co zrobiły 3 państwa, to „bunt” przeciwko wskazaniom Brukseli.

W niedzielę korki na polskich granicach mieściły się jeszcze w dobie oczekiwania. W poniedziałek rano zaczęły sięgać czterdziestu godzin. Nie wspominając o tym, że przed wjazdem do Polski koczowały setki obywateli krajów, którzy chcąc dostać się do siebie, musieli przez Polskę przyjechać.

Bułgarów również. Któryś z nich miał widać dobre przełożenie na rząd, bo jeszcze w poniedziałek do Morawieckiego zadzwonił premier Bułgarii Bojko Borysow. Usłyszał, że za chwilę stosowne polecenia zostaną wydane i Bułgarzy będą mogli ruszyć.

Bułgarzy nie ruszyli. Na co Borysow się wkurwił; najpierw próbował interwencji w Brukseli, ale gdy tam dowiedział się, że „Polacy tak mają”, zwołał konferencję prasową, na której zarzucił Polsce i Słowacji naruszenie prawa międzynarodowego i „absolutnie niezgodne” z normami przetrzymywanie bułgarskich obywateli na granicy. Żeby pokazać, jak powinna w Unii wyglądać kolejność działań, oświadczył, że jego kraj też zamknie granice, ale dopiero po podjęciu odpowiednich decyzji przez Brukselę.

 

Niemal w tym samym czasie na przejściu pojawił się konsul Litwy. Wściekli na to, że znaleźli się w matni, obywatele państw nadbałtyckich skrzyknęli się i zablokowali pas. Zdumieni taką bezczelnością Polacy nie wiedzieli, co robić i dopiero kilku godzinach okazało się, że możliwe jest utworzenie konwoju eskortowanego na Litwę przez policję. Na konwój załapało się jednak ledwie 20 z ponad czterystu pojazdów z państw bałtyckich. Ci kierowcy, którym się nie udało, znów zablokowali pas, ale tym razem strona polska była twarda: Litwinom, Łotyszom i Estończykom pokazała gest Lichockiej.

 

 Całość na łamach