NOCE I NIE – NIE

Tygodnik „NIE” kończy 30 lat. W tym wieku u mężczyzny – a wiem, co mówię – występują pierwsze problemy z erekcją, pamięcią i nietrzymaniem moczu. Na szczęście czasopismo nasze nie jest człowiekiem, lecz tworem znacznie wyższym i żadne choroby nie są mu straszne. Pismo, które według pobieżnych rachunków sprzedało się dotychczas w grubo ponad 100 milionach egzemplarzy, nie istniałoby jednak, gdyby nie tworzący je ludzie. A tych przewinęło się w redakcji od cholery. Niektórzy wylatywali z roboty z hukiem, inni odchodzili sami. Część uciekała oknem, ale wracała drzwiami. Liczni próbowali rozliczać zimowe przejazdy samochodowe Warszawa-Bruksela zezłomowanym kabrioletem – i ich ciała rozkładają się do dziś w dziale księgowości. Wielu zmarnowało tu swój talent, jeszcze więcej wątroby – ale wszyscy uczciwie co tydzień opisywali brutalną polską rzeczywistość.

Z okazji jubileuszu postanowiłem odwiedzić 5 wielkich gwiazd tygodnika „NIE”, które już z nami nie pracują i zapytać o to, o co polski reporter pytał w latach 70. byłych nazistów. Mianowicie: co u was słychać?

 

Iza Kosmala

– Wrócisz?

– Nie wrócę. Choć moje wspomnienia z pracy w „NIE” są znakomite, przez co bardzo często do nich sięgam.

 

– Jak to się stało, że trafiłaś do Urbana?

– Przyjechałam do Warszawy na studia dziennikarskie z mniemaniem, że jestem wybitnie zdolna, bo napisałam reportaż o kiblach, który ukazał się w „Gazecie Olsztyńskiej”. Jako nastolatka sądziłam, że po czymś takim „The New York Times” leży mi u stóp. „NIE” było obecne w moim domu, bo czytał je ojciec. I już wtedy byłam przekonana, że jest to jedyna gazeta w Polsce, od której chce się żyć. Trafiłam przez znajomych na imprezę do redakcji, a tam przedstawiłam swoje pomysły na uzdrowienie pisma. Zostałam zaproszona na kolegium. I z miejsca stałam się obiektem drwin. Z czasem mówiono, że niżej od Kosmali jest tylko dywan.

 

– Czego najbardziej Ci żal?

– Bezpieczeństwa socjalnego. Moim w zasadzie jedynym obowiązkiem oprócz pisania było przychodzenie co tydzień na 12.00 na zebranie i niemal nigdy mi się to nie udawało, choć mieszkałam 50 m od redakcji. Urban dzwonił do mnie tego dnia zwykle o 14.00, łagodnym głosem wybudzając mnie ze snu. Po wielu latach takich praktyk dostałam w końcu pisemną naganę. Do dziś trzymam ją w ramce na pamiątkę.

 

– Co napisano?

– Ktoś zadał sobie wielki trud i podliczył moje spóźnienia i nieobecności. Ale nawet tu Urban zachował życzliwość, bo zaznaczył w naganie, że wyraża nadzieję, iż moje zachowanie ulegnie poprawie.

 

– I przez taką bzdurę odeszłaś z pracy?

– Skąd!

 

– A dlaczego?

– Zaraz do tego przejdę. Ale najpierw chciałam podkreślić, że za bezapelacyjnym sukcesem „NIE” stoi wspaniały zespół. Absurdalny miks dziwaków z całej Polski. Wszyscy jednocześnie i śmieszni, i żenujący. Zero ciśnienia na kasę, żadnej sztucznej hierarchii.

 

– Przechodząc do bezpieczeństwa socjalnego…

– Aha. Wybiłam sobie kiedyś jedynkę. I dostałam w prezencie od firmy nowy ząb. Coś, co dzisiaj jest na rynku pracy raczej nie do wyobrażenia. Wypłata u Urbana była zawsze na czas. Kupowałam sobie coraz to nowsze i droższe kremy. A teraz, gdy jestem biedną literatką, kupuję tanie. I nie widzę różnicy, ale pewnie dlatego, że ślepnę, bo mam już 40 lat.

 

– Z czego 14 przepracowanych w „NIE”?

– Tak. Zaczęłam, gdy miałam 20. Być może mój nostalgiczny stosunek wynika z tego, że byłam wówczas młoda i oceniam ten okres tak, jak niektórzy widzą PRL.

 

– Odeszłaś niczym amator rozcinający szlifierką niewybuch. To znaczy nagle.

– Tak, był rok 2014. Byłam pewna, że zrobię wielką karierę w literaturze. Najpóźniej pół roku po rzuceniu redakcji wydam wspaniałą powieść i będę żyła życiem człowieka wyzwolonego od rzeczywistości.

 

– Udało się?

– Nie, ale czerpię przyjemność z klepania biedy i oglądania świata z innej strony. I, co może wydać się zboczone, bardzo tęsknię, ale jednocześnie nigdy nie pomyślałam o powrocie.

 

– Dlaczego odeszłaś?

– Zaczęłam odkrywać, że coraz bardziej ciągnie mnie w kierunku fikcji czy też, jak kto woli, literatury. Na zmyślanie nie ma w dziennikarstwie miejsca, musiałam więc dokonać wyboru. A że coraz bardziej jarało mnie zmyślanie niż pozostawanie w sferze faktów, to zmieniłam profesję. Poszłam oznajmić to Urbanowi. Był w szoku, zaproponował mi urlop i przemyślenie sprawy. Bo sporo jest ludzi, którzy marzą o karierze literackiej i chuj z tego wychodzi, a za coś trzeba żyć. Mówił mi jak dobry tata.

 

– I co Ty na to?

– A ja, jak każde popierdolone dziecko, że już absolutnie tutaj nie wrócę. Mam misję i muszę odejść. Podpisał mi dokumenty, a naganę wyrzucił z akt. Uroczo.

 

Całość na łamach