Nowa kasta milionerów – NIE

PiS tworzy nową elitę najbogatszych Polaków kompletowaną według kryterium politycznego. Pochodzenie ze skrajnie prawego łoża czyni ludzi milionerami.

Na początku lat 90. robiłam rozmowę z wybitym krakowskim adwokatem, który w ramach dygresji podzieli się ze mną nurtującym go kłopotem. Zgłosiła się otóż do niego niewiasta, która oczekiwała, żeby zrehabilitował jej tatusia, żołnierza wyklętego zamordowanego zdradziecko przez komunistów w ramach zbrodni sądowej. Mecenas pozyskał zatem dokumenty z procesu i okazało się, że tatuś rzeczywiście zaliczył czapę, ale stały za tym czyny średnio bohaterskie – a konkretnie, napad na sklep GS. Przy okazji domniemany niezłomny zabił sprzedawczynię i milicjanta, który się napatoczył i próbował interweniować. Sprzedawczynię dodatkowo zgwałcił. – I co ja mam jej powiedzieć – zafrasował się mecenas – jak ona całe życie spędziła w przekonaniu, że ma tatusia-bohatera?

Dzisiaj podobny frasunek byłby zbędny. Dziś mordercy i bandyci, byle antykomunistyczni, mają oficjalny status bohaterów narodowych. Z pieczęcią prezydencką.

Przemawiając z okazji „Narodowego Dnia Pamięci »Żołnierzy Wyklętych«” do nielicznych żywych „wyklętych” i ich bardzo licznych rodzin, Pan Prezydent – żeby użyć jego własnych słów – „powiedział wtedy do nich fakt, o którym jest absolutnie przeświadczony”.

A mianowicie – tu znów będzie dosłowny cytat, bo piękno mowy Pana Prezydenta zasługuje na dosłowne upamiętnienie: „Ta wolność i niepodległość, którą odzyskaliśmy w pełni na przełomie lat 80 i 90, jest dzięki wam, bo gdyby was i waszych towarzyszy broni wtedy i tych wszystkich, którzy byli z wami, wspierali was, nie było, gdyby nie było tamtego bohaterstwa i twardego zbrojnego sprzeciwu wobec władzy komunistycznej, władza komunistyczna nie wahałaby się w dużo ostrzejszy sposób zgasić kolejnego podziemia niepodległościowego, tego podziemia, które nazywamy solidarnościowym, tego nowego ruchu, który ostatecznie także dzięki wsparciu naszego ojca świętego Jana Pawła II, zwyciężył i przyniósł nam wolność”. Następnie – świadom, iż nie każdy może poszczycić się myślą patriotyczną tak rączą, jak ta, która galopuje w głowie Głowy Państwa – doprecyzował swój tok rozumowania: „To jest także wielka zasługa Żołnierzy Niezłomnych – gdyby nie ich postawa, w moim przekonaniu, komuniści byliby jeszcze odważniejsi w dławieniu wszelkich przejawów dążenia do suwerenności, do wyrwania się spod sowieckiej dominacji”.

Ten zaskakujący wywód odsłania więź, jaka w umyśle Pana Prezydenta łączy jego środowisko polityczne z Partią Nieboszczką. Jest on najwyraźniej przekonany, że tak jak w przypadku PC i wyrosłego zeń PiS, pomiędzy PPR roku 1945 i PZPR roku 1989 istniała niezakłócona, emocjonalna ciągłość. Tak, jak Jarosław Kaczyński do dziś nienawidzi Wałęsy, który wylał go z bratem z roboty w 1991 r., tak Jaruzelski w latach 80. w ramach jakiejś tajemniczej pamięci gatunku, odczuwał lęk, który „niezłomni” zasiali w sercu Bieruta 4 dekady wcześniej.

Humorystyczność tej idei nie powinna nam wszakże zasłonić kwestii kluczowej. Niezależnie od tego, czy „antykomunistyczne podziemie” liczyło 180 tysięcy, jak chce IPN, czy też 1800 osób – tyle naprawdę zostało w lesie po amnestii z 1947 r. – nie stanowiło ono żadnego zagrożenia dla aparatu państwowego i wojska PRL, nie wspominając już o NKWD. Stanowiło natomiast – niejednokrotnie śmiertelne – zagrożenie dla mieszkańców plądrowanych przez siebie okolic. Przede wszystkim mniejszości – Ukraińców, Białorusinów, Słowaków, Litwinów i oczywiście Żydów. Niezłomny szlak chwały znaczy rajd „Burego” po Podlasiu, pacyfikacja Glinciszek i Dubinek przez oddział Łupaszki, wytrwałe antysemickie polowanie, uprawiane przez oddział Ognia. Poza przybłędami „niezłomni” mordowali też Polaków: milicjantów, działaczy PPR, a nawet polskich chłopów, którzy brali ziemię z reformy rolnej.

O tym wszystkim, z ust naukowców, można było usłyszeć na znakomitej konferencji, którą w Sejmie zorganizowały klub Lewicy i tygodnik „Przegląd”. Włodzimierz Czarzasty w imieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej przeprosił na niej za to, że klub parlamentarny SLD głosował w roku 2011 za ustanowieniem święta „wyklętych”. Przeprosiny zapewne za dużo go nie kosztowały – zważywszy, że było to za rządów aktualnego senatora PO, Grzegorza Napieralskiego, a Czarzasty nie był wówczas ani szefem partii ani nawet szeregowym posłem – ale gest godny jest odnotowania.

Niestety, wyłącznie w wymiarze symbolicznym. Podczas, gdy opętańczy kult „wyklętych” w pisowskiej Polsce ma wymiar bardzo konkretny.

Na mocy przyjętej w przez PiS 2 lata temu ustawy, rodziny „bojowników antykomunistycznego podziemia”, uzyskały prawo wystawienia dzisiejszej antykomunistycznej Polsce rachunku za heroizm swoich ojców i dziadków. I bynajmniej się nie krępują.

 

Ogień – 10 mln

Zaczął syn Ognia, który zażądał miliona złotych odszkodowania za krzywdę, jaka spotkała jego tatusia. No i jego samego: „W szkole podstawowej to już wyraźnie widziałem różnicę między innymi uczniami a mną. W średniej miałem już zupełnie przechlapane. Był taki jeden nauczyciel, który mnie bardzo, bardzo nie lubił”. Sąd nie przychylił się do tego wniosku, stwierdzając odważnie, że „nie uzyskano w ocenie sądu jednoznacznej opinii pozwalającej rozstrzygnąć, czy działalność Ognia była działalnością na rzecz niepodległości państwa polskiego czy też była jej zaprzeczeniem”. Kuraś junior zapienił się za pośrednictwem swoich adwokatów. „Dlaczego Sąd Okręgowy w Nowym Sączu wchodzi w kompetencje IPN? Z jakich powodów Sąd Okręgowy w Nowym Sączu pisze nową samodzielną historię Polski, nie uwzględniając stanowiska IPN – organu władnego do formułowania ocen w zakresie dziejów historii?” – pytali prawnicy z kancelarii Anny Bufnal w rozesłanym do mediów oświadczeniu. A Zbigniew Kuraś, dowodząc, że jest nieodrodnym synem swego ojca, uznał, że ta zniewaga krwi wymaga i powrócił do sądu z roszczeniem podniesionym do 10 baniek oraz szefową Stowarzyszenia Dzieci Żołnierzy Wyklętych, Magdaleną Zarzycką-Redwan, która swój niewątpliwie tragiczny początek życia wycenia na 15 milionów.

 

Zarzycka – 15 mln

Zarzycka-Redwan urodziła się w 1949 r. w ubeckich kazamatach na Zamku Lubelskim, Matka zmarła przy porodzie, ojciec siedział w innej celi, noworodkiem przez 2 lata opiekowały się współwięźniarki, później dziecko trafiło do sierocińca – zakonnego, gdzie spotkało ją różnego rodzaju maltretowanie. Ojciec odzyskał ją, kiedy wyszedł z więzienia, ale nigdy nie odzyskał radości życia i wobec tego patriotka domaga się od ojczyzny, za którą jej matka oddała życie po milionie za każdy rok ciężkiego dzieciństwa. W styczniu sąd II już instancji potwierdził wyrok I instancji, przyznający jej zaledwie milion – co dziedzicznie niezłomna uznała za „pokazówkę stricte komunistyczną”. „Sąd w swojej przemowie mnie upokorzył. Wyszłam, żeby tych pierdół nie słuchać” – ogłosiła Magdalena Zarzycka-Redwan. Zapowiedziałq kasację, a jak się nie uda, to pójdzie do Strasburga, bo przecież „żadne pieniądze nie wynagrodzą jej tego, co przeżyła, a 15 mln zł to symboliczna kwota”.

 

Całość na łamach