Ojciec chrzestny ojca chrzestnego – NIE

O „Maximie” w Gdyni, cinkciarzach, Szwedach i prostytutkach.

 

– Chcę napisać tekst o jednym z ojców chrzestnych trójmiejskiej mafii – powiedziałem znajomej. – Umarł niedawno.

– Zastrzelili go? – zapytała.

– Nie. Dlaczego? Zmarł po prostu. Miał 84 lata.

– No to musiał być niezły, że miał taką robotę i dożył takiego wieku.

Michał Antoniszyn faktycznie musiał być niezły. Pierwsze wielkie pieniądze – jak głosi legenda – zarobił na sprowadzaniu do Polski ze Stanów Zjednoczonych szaf grających, w które wyposażał trójmiejskie lokale. Choć nie były to czasy sprzyjające importowi z Zachodu, zwłaszcza dla osób prywatnych. Mniej legendarne były podejrzenia, że zajmował się, jak wielu na Wybrzeżu wówczas, handlem walutami. Tylko na wielką skalę. Pierwszy sprowadził do Polski wariograf i uczył Milicję Obywatelską, jak się nim posługiwać. W latach 70. prowadził kilka – dla jednych szemranych, dla innych ekskluzywnych – lokali w Trójmieście. Przede wszystkim był właścicielem legendarnego w latach 80. klubu „Maxim” w Gdyni-Orłowie, gdzie biesiadowali artyści i sekretarze PZPR, gangsterzy i prokuratorzy. Klubu porównywanego do słynnego paryskiego kabaretu erotycznego „Crazy Horse”.

Antoniszyna uznawano za protektora równie legendarnego złodzieja samochodów Nikosia. Akta sprawy prowadzonej przeciwko Antoniszynowi przez milicję nosiły kryptonim „Żarłoczny rekin”. Zajmował się także hipnozą, dlatego brano go za psychologa lub lekarza. W pierwszej edycji rankingu tygodnika „Wprost” w 1990 r. wśród stu najbogatszych Polaków znalazł się na 35. miejscu. W latach 90. Antoniszyn obdarzał wymyślonym przez siebie tytułem „homo popularis” elitę Trójmiasta – od Lecha Wałęsę, poprzez abepe Głódzia, do Andrzeja Jaworskiego, niegdyś ważnego polityka PiS, dzisiaj totumfackiego ojca Rydzyka – a oni przyjmowali to z wdzięcznością i nabożeństwem. Przez 30 lat co roku Antoniszyn urządzał uroczystą galę, na której meldowały się polityczne i kościelne elity. Zwano go „mecenasem”, co różnie można rozumieć. W każdym razie żadnego z zawodów prawniczych Antoniszyn nigdy nie uprawiał.

Poznałem go w galerii znanego gdańskiego marszanda. Antoniszyn interesował się sztuką i kupował obrazy gdańskich malarzy, dzisiaj nobliwych profesorów gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, z wieloma się kumplował.

Gospodarz przedstawił mi go wówczas: – To jest znany gdański mafioso, chociaż już lekko wyliniały.

Antoniszyn nie lubił rozgłosu, czemu trudno się dziwić, choć wielu ludzi z tzw. miasta ma parcie, żeby zostać bohaterami mediów. Jak Nikoś, zachwycający się artykułami na swój temat czy do znudzenia oglądający scenę z filmu „Sztos”, gdy zagrał epizod – samego siebie. Antoniszyn był typem samotnika. Był także antyrodzinny.

Michał Antoniszyn urodził się w 1936 r. niedaleko Lwowa i tam spędził dzieciństwo. Pochodził z niezbyt zamożnej rodziny polskiej, po wojnie repatriowanej na Dolny Śląsk, do Zgorzelca. Tam spędził młodość. Do Trójmiasta musiał trafić pod koniec lat 60. lub na początku 70., gdy miał już ponad 30 lat.

Lata 70., gdy po tzw. wydarzeniach grudniowych od władzy odsunięto siermiężnego Władysława Gomułkę, a funkcję I sekretarza KC PZPR objął „światowy” Edward Gierek, oznaczały jakościowy skok inwestycyjny, konsumpcyjny i częściowe otwarcie PRL na Zachód. Powstały pierwsze sklepy Pewex, gdzie za dolary lub tzw. bony dewizowe można było kupić towary z zagranicy: słodycze, alkohole, papierosy, kosmetyki, dżinsy. Podobną siecią była powstała w Gdyni Baltona. To spowodowało pojawienie się cinkciarzy, czyli chłopaków, którzy nielegalnie handlowali walutami. W Trójmieście zarabiali krocie.

Gdynia i Trójmiasto w latach 70. miały specyficzny klimat. Porty w Gdańsku i Gdyni to statki z całego świata, marynarze, obcokrajowcy.

W latach 70. i 80. do portu w Gdyni zawijało 3 tys. statków rocznie, średnio 8 dziennie. Podobnie było w porcie w Gdańsku. Dzisiaj kontenerowiec stoi kilka godzin i odpływa. Nikt z załogi nie schodzi na ląd, bo nie ma na to czasu. W latach 70. czy 80. drobnicowce stały nawet tydzień, w porcie mogło być nawet 30 statków naraz. Dzisiaj na statku pływa po kilka osób, a kiedyś załoga liczyła 40–50 marynarzy. Podczas oczekiwania na rozładunek większość (oprócz tych, którzy wykonywali jakąś pracę czy pełnili wachtę) się nudziła, wyruszała więc do miasta. Ostrożnie licząc, co wieczór na poszukiwanie rozrywki, muzyki, alkoholu i seksu ruszało kilkuset mężczyzn. Przede wszystkim zachodnich marynarzy – Szwedów, Holendrów, Niemców, Kanadyjczyków – mających dolary (dzisiaj głównie kontraktowani są Filipińczycy, którzy po zejściu na ląd zainteresowani są raczej zakupami niż rozrywkami).

Gdynia w latach 70. i 80. miała pasażerską linię żeglugową do Stanów Zjednoczonych i Kanady, na której pływał TSS „Stefan Batory”. Z Gdańska regularnie pływały promy do Nynäshamn w Szwecji i Helsinek w Finlandii. Dzisiaj, gdy każdy ma paszport, a pływanie do Szwecji nie jest niczym nadzwyczajnym, może to dziwić, ale wówczas przystań promowa była miejscem ekskluzywnym. Sama obecność na nabrzeżu elektryzowała.

Szwedów przybywało do Trójmiasta sporo, bo mieli tu prawie za darmo knajpy, hotele i dziewczyny, u siebie zaś panującą od początków XX w. pół-prohibicję (skomplikowany system zaopatrywania się w alkohol, który w dodatku był kosmicznie drogi) oraz ustawę zakazującą kupowania usług seksualnych.

Nic więc dziwnego, że Trójmiasto było wylęgarnią przestępstw: przemytu, handlu walutami, złotem i srebrem, kantów na walutach, prostytucji i nielegalnego hazardu. Był to świat dopiero się organizujący.

Na Wybrzeżu kwitło też nielegalne wydobywanie bursztynu i handel nim. W gdańskiej dzielnicy Przeróbka pod ziemią znajdowały się jedne z większych złóż bursztynu w basenie Morza Bałtyckiego.

Musiały zatem być miejsca, gdzie marynarze, cinkciarze, złodzieje, PRL-owska elita polityczna i artystyczna mogła wydawać pieniądze. Kilka takich miejsc w latach 70. prowadził Michał Antoniszyn.

 

Całość na łamach