Pazury Szumowskiego – NIE

Nad Łukaszem Szumowskim i jego przedsiębiorczą rodzinką zbierają się coraz ciemniejsze chmury, a wszystko wskazuje na to, że kariera ministra ulegnie w najbliższej przyszłości – jak by to delikatnie ująć – wypłaszczeniu.

Nad stanem posiadania Szumowskiego zastanawiałem się zaraz po jego wejściu w ministry, ale temat odpuściłem, bo tak się składa, że za chińskiego boga nie mogłem odczytać nawet jego oświadczenia majątkowego.

Według mojej najlepszej wiedzy z deklaracji wynikało, że Szumowski w majątku posiada m.in. samochód marki Chujowy, klej z Marii i Lecha Kaczyńskich oraz klasztor, syfilis i ryż.

Minister zdrowia z zawodu jest lekarzem, co mogłoby jego gryzmoły nieco usprawiedliwiać, ale gdy tylko zaczęło palić mu się pod dupą, rychło rzucił się prostować nieścisłości. Rozpędził się do tego stopnia, że 20 maja w ustawionym fotoreportażu „Super Expressu” ponownie wypełnił tamtą deklarację majątkową.

„Moje poprzednie oświadczenie było podobno nieczytelne. Jestem dysgrafikiem. Generalnie bazgrzę jak kura pazurem i zawsze kosztowało mnie to w szkole niższe oceny” – tłumaczył z całą pewnością wzruszonym czytelnikom tabloidu.

Postanowiłem zweryfikować te deklaracje – i w ogóle uczciwość Szumowskiego – zlecając analizę jego oświadczenia biegłemu sądowemu z zakresu naukowej analizy pisma.

Potocznie – i nie dość ściśle – mówi się o takich osobach jako o grafologach lub wręcz psychografologach, ale mi zależało, żeby nie był to hochsztapler, ale uznany w branży autorytet. Ktoś, komu przez ręce przeszło wiele spraw, stały współpracownik wymiaru sprawiedliwości. Tę dość rzadką gałąź wiedzy praktykuje w kraju ledwie kilkanaście osób. Pomagają oni określić nie tylko to, czy dany dokument był podrobiony, ale także czy dajmy na to piszący testament zrobił to w pełni władz umysłowych i czy wysyłający pocztę z pogróżkami może być niepoczytalny. Albo czy wisielec pozostawiony koło stołka list pisał z własnej woli, czy może ktoś mu w tym pomagał.

 

***

Niestety każdy kolejny telefon do specjalisty kończył się podobnie: może i chętnie, bo sprawa ciekawa, ale ja żyję z wymiaru sprawiedliwości, a jeśli moje nazwisko ukaże się w tym kontekście, to koniec z robotą. Odmówiła mi największa specjalistka z Warszawy („Sam pan wie, co się teraz dzieje w kraju”) i mistrz z Wrocławia („Odmowa wynika z braku czasu z powodu zleconych wcześniej do opracowania opinii sądowych”). Gdy traciłem już nadzieję, niespodziewanie na udział w eksperymencie zgodziła się ekspertka z południa kraju. Pod warunkiem, że nie podam jej imienia, nazwiska i miasta, lecz najwyżej płeć i region. I że kwit z ekspertyzą graficy tak wypikselują, że nikt się nie kapnie, kim ta pani jest naprawdę.

Biegła zaprzęgła do pracy mikroskop i swoją tęgą głowę – i po kilku dniach przysłała analizę.

 

Całość na łamach