Przygody księdza Michała – NIE

Mnich, ja i Urban.

 

Szerokim echem w internecie odbiła się opowieść ks. Michała Woźnickiego o pewnym kandydacie pewnej partii na prezydenta: „Ale jeśli mamy dziś sytuację, także polityków, o których się mówi czy się wie, że są wprost praktykującymi homoseksualistami, albo byli. I wzięli sobie w niedawnym czasie żonę, a nie słyszymy o takich deklaracjach, że z dawnego homoseksualizmu się leczyli. I dajmy na to pchają się na prezydentów”. Dodajmy, że nie była to partia lewicowa, kandydat nie nazywał się Biedroń, a oburzyli się na tę wypowiedź wyborcy Konfederacji. Ich oburzenie było tym większe, że sami lubią msze po łacinie i chętnie przygarną każdego nawiedzonego klechę, który będzie mówił o nich ciepło.

Polak – powiada kaznodzieja – jeśli ma głosować na kogoś, kto jest lub był pedałem, powinien być przynajmniej o tym uprzedzony.

Swojego poparcia nie dał ks. Woźnicki kupić za pomoc w sporach z policją, którą oferowali mu ponoć zwolennicy kandydata-pederasty. Zawiódł się w tej sprawie na Grzegorzu Braunie, którego wcześniej miał za autorytet, zwłaszcza w sprawach kwestii „jasności słowa”. W tyradach byłego salezjanina rzeczywiście słychać echo specyficznej polszczyzny posła Brauna. Ale tęczowe przymierze pogrzebało tę fascynację.

Problem homoseksualizmu ks. Woźnicki dostrzega nie tylko w polityce, ale i w Kościele. Nie waha się też nazywać pedałem swojego współbrata ks. Mirosława. „On nie tylko pedał, ale dzieci macał, rżnął” – pieklił się ks. Michał jeszcze jako pełnoprawny salezjanin, w 2017 r., kiedy to oficjalnie mógł odprawiać w poznańskim kościele. Nie przepada też za największym z Polaków – Janem Pawłem II. Nazywa go „papieżem żydów”, uważa za modernistę, czyli odstępcę od prawdziwej wiary. W ogóle ma na pieńku prawie ze wszystkimi.

 

Woźnicki słynie z tego, że relacjonuje drobiazgowo wiernym, co mu się przydarzyło. Nie inaczej było w moim przypadku. W filmiku „Kapłańskie Nie na diabelską ofertę Urbanowego »NIE«” odczytał swoim wirtualnym słuchaczom mojego maila. „Nie do wiary!” – oburza się kobiecina w tle, zdziwiona że próbowałem postępować zgodnie z regułami dziennikarstwa. „Co ja temu biednemu panu Łukaszowi Piotrowiczowi mam odpowiedzieć?” – trapił się ksiądz. „Mi się nieraz zdarza, że widzę gdzieś tam w kiosku, że ktoś to (tygodnik „NIE” – Ł.P.) brał. I zawsze tak patrzyłem na twarz tych ludzi, którzy biorą takie rzeczy do ręki. Bo mnie zawsze ten tytuł wiąże się z imieniem i nazwiskiem: pan Jerzy Urban. Nie wiem, czy towarzysz, na pewno rzecznik prasowy (…) nie wiem, czy to dalej jest redaktor naczelny, czy już lata nie pozwalają. Na pewno na pewien sposób guru tegoż szmatławca, żeby nie powiedzieć ścierwa, którego do rąk nie wolno brać”.

Dalej w trakcie około 1,5-godzinnego wystąpienia okazuje się, że ks. Woźnicki zna filmik „Prima aprilis, skurwysyny!” z Urbanem wstającym z trumny. „Ten stary komuch Urban kpi sobie ze śmierci na starość jak diabeł” – recenzuje Kałużyński w sutannie. A teraz uwaga, bo takiego porównania próżno szukać gdzie indziej: „Podobny do Urbana cynik – Wojtyła” – demaskuje polskiego papieża były salezjanin. Uważa że obu panów łączy to, że swoje talenty wykorzystują w złej sprawie. Jest to zestawienie zupełnie świeże i dotychczas chyba niespotykane w najtęższych nawet umysłach katoprawicy.

 

Całość na łamach