Rozbierzcie się – NIE

Na polskich ulicach panoszy się nowa czerwona zaraza.

Noszą glany, polówki od Freda Perry’ego i golą się na łyso. Słuchają punka, ska i reggae. Często palą trawkę. Są wśród nich geje i wegetarianie. Narodowców nienawidzą, Antifę lubią. Rasistów biorą na buty. Panie i panowie, oto nowi polscy lewicowi skini.

Kim są i skąd się wzięli?

 

Jamajskie korzenie

Subkultura skinheadów wywodzi się z grona kolorowych, czarnych i Mulatów, którzy wyemigrowali z Jamajki do Anglii. Narodziła się w latach 60. XX w. na ulicach Londynu i innych dużych miast angielskich. To kultura o korzeniach robotniczych – stąd zamiłowanie do martensów, początkowo obuwia ortopedycznego, lecz – jak się okazało – nader przydatnego robotnikom, gdyż blachy na noskach butów chroniły stopy dokerów czy budowlańców przed upadkiem ciężkich przedmiotów.

Kolorowi z Jamajki przywieźli z Karaibów do metropolii zamiłowanie do reggae i ska. Stali się lokalnymi patriotami robotniczych dzielnic, czego symbolem było kibicowanie miejscowym drużynom piłkarskim. Bardzo szybko okazało się, że wiele białych dzieciaków z robotniczych dzielnic Manchesteru czy Leeds pokochało ich muzykę i styl bycia, bardzo niepokorny, a chwilami wręcz chuligański (co nie oznaczało, przynajmniej w ich mniemaniu, bandytyzmu).

Wybuch punkowej rebelii w roku 1977, kojarzony choćby z takimi zespołami jak The Clash i Sex Pistols, ożywił subkulturę skinów, tchnął w nią nowego ducha. Początkowo punki i skini byli zbratani, nie brakowało kapel – jak choćby Sham 69, nawołujące dzieciaki do zjednoczenia się ponad podziałami w kawałku „If the Kids Are United” – które łączyły obie subkultury. Z czasem ich drogi się rozeszły, gdyż kolejne pokolenia skinów wpadły w objęcia skrajnej prawicy, nieraz nacjonalistycznej, a niekiedy faszyzującej. Subkultura skinów do dziś jest podzielona na wiele odłamów – od anarchistów, przez „apolitycznych”, po nazistów.

 

Kłopotliwa stylówa

Niestety po wyglądzie często trudno odróżnić skin antyfaszystę od nazi-skina. Jeden z drugim ubierają się tak samo.

Niemniej jednak ukochane przez skinów na całym świecie oryginalnie brytyjskie – a dziś zglobalizowane – firmy, Dr. Martens, Lonsdale i Fred Perry, odcinają się od skrajnej prawicy.

Dr. Martens podkreśla przywiązanie do walki z dyskryminacją i mową nienawiści. Dowodzi tego fakt, że firma przekazała rok temu 100 tys. funtów organizacjom takim jak Show Racism the Red Card (walczącej z rasizmem w piłce nożnej) i Black Lives Matter. Na blogu Dr. Martensa można poczytać, że ta marka ma wyjebane na rasistów i nie życzy sobie, aby kojarzyć ją ze skrajną prawicą.

Lonsdale był kochany przez miłośników Adolfa, zwłaszcza niemieckich, którzy tak nosili jego ciuchy, aby uwydatnić litery „nsda”, czcząc w ten sposób hitlerowska partię NSDAP. Nie do końca spodobało się to firmie. Kilka lat temu Lonsdale wypuściła t-shirty „Kochaj muzykę, nienawidź rasizmu” (Love music, hate racism) i ciuchy z logo w kolorze tęczy wspierające LGBT („Lonsdale kocha wszelkie kolory”).

Gdy amerykańska rasistowska bojówka Proud Boys zaczęła używać jako symbolu czarnej polówki Fred Perry z żółtą lamówką, firma się wdkurwiła. Nie tylko wycofała z USA i Kanady takie koszulki, ale wypuściła w maju zeszłego roku nową linię ciuchów reklamowaną wyłącznie przez kolorowych. Zabawne, że zanim biali amerykańscy rasiści pokochali ten model t-shirtu, był on kultowy wśród gejów. Naziści to idioci, nie muszą więc wiedzieć, że mistrz tenisa Fred Perry był synem socjalisty, a założył firmę odzieżową z imigrantem z Europy Wschodniej.

Czasami dochodzi do zabawnych sytuacji. Gdy w roku 2013 grupa kiboli i nazi-skinów zakłócała wrocławski wykład prof. Zygmunta Baumana, w sali znajdował się mój znajomy lewak – krótko ścięty w bluzie Lonsdale, w glanach na nogach, który wyglądał dokładnie tak jak prawicowcy zwalczający Baumana. Niewiele brakowało, aby został zwinięty przez policję razem z naziolami.

 

Całość na łamach