Śmierć się śmieje – NIE

Trzeba się spieszyć umierać, żeby zdążyć wylądować w trumnie, a nie w rynsztoku.

 

Ludzie będą umierać w liczbie znacznie większej niż do tej pory. Dotychczas – statystycznie – prawie nie umierali. W Polsce 30-50 zgonów dziennie na COVID-19 to pryszcz. Każdego dnia bez pomocy wirusa odchodzi z polskiego łez padołu przeciętnie 1100 osób. Chyba że przechodzi przez nasz kraj jakiś potężny front atmosferyczny, wówczas jednego dnia na serce potrafi paść tyle osób, ile koronawirus skosił przez 7 miesięcy – 3 tysiące.

Ostatnia droga nieboszczyka szpitalnego – tego z COVIDEM też – zaczyna się na wózku, na którym przewozi się go do szpitalnej chłodni. Tam leży nie dłużej niż przepisowe 72 godziny. W tym czasie powinien trafić do zakładu pogrzebowego. Chyba że czeka na prokuratora albo nieszczególnie ma się kto zwłokami zająć z powodu nieposiadania przez nie rodziny. Wtedy mogą leżeć w szpitalnej lodówce dłużej.

Tego, ile jest szuflad chłodniczych w szpitalnych kostnicach, nie wie nawet Ministerstwo Zdrowia. Dotychczas jednak nie było sytuacji, żeby lodówek na zwłoki brakło. Nader rzadko bywało, że nawet w pojedynczym szpitalu dotkniętym masową katastrofą była wykorzystana więcej niż połowa miejsc.

Wyglądałoby zatem, że kostnice szpitalne spokojnie wytrzymają sytuację, gdy na COVID będzie umierało nawet 1000 osób dziennie. Niekoniecznie… Osoby zeszłe na koronawirusa to przecież ofiary zarazy. I to takiej, której nie zabije nawet kilkanaście stopni mrozu. Poza tym w koronaśmierciach nie partycypują wszystkie szpitale, lecz jedynie ich mniejsza część. Dlatego wzrost dobowej umieralności do trzystu sztuk spowoduje, że trzeba będzie w jednej szufladzie trzymać po dwóch-trzech nieżywych delikwentów. Przy tysiącu covidowych zgonów jedynym ratunkiem dla szpitali byłby siarczysty mróz, na który można by wystawiać zwłoki na wózkach.

Oczywiście nie mówiąc tego rodzinom ani nie pokazując mediom. W przeciwieństwie bowiem do łóżek z chorymi na korytarzach, które można jakoś wytłumaczyć, przystawki szpitalne z przykrytymi prześcieradłami osobnikami mogłyby w narodzie miłującym zwłoki wywołać zamieszki.

Kluczową sprawą staje się zatem dla służby zdrowia logistyka funeralna. Czyli pogonienie zakładów pogrzebowych do tego, żeby jak najszybciej uwalniały szpitale od ofiar pandemii. Zakładów jest w Polsce ok. 2,5 tys. Z czego tysiąc – jak to ujmują ludzie z branży funeralnej – to fast foody. Polegają one na tym, że załatwiają trumnę, myją i przebierają zwłoki jeszcze w szpitalu i dostarczają na cmentarz. Robią tak, bo z reguły nie mają, oprócz biura, innego lokalu. O chłodniach nie wspominając. 1,5 tys. firm pogrzebowych ma w ofercie wszystkie usługi. Ich chłodnie są w stanie pomieścić nawet 2 tysiące zwłok. Na ucho ich właściciele mówią, że gdyby co, to nawet i 6 tysięcy, bo do jednej lodówki spokojnie można zapakować 3 truchła. Jeżeli oczywiście wszystkie są covidowcami. Inaczej zakładowi pogrzebowemu groziłyby kary.

Ministerstwo Zdrowia wydało w kwietniu rozporządzenie o tym, co i jak ma się robić z ludźmi zabitymi koronawirusem. Czyli „przeprowadzić dezynfekcję zwłok płynem odkażającym”, „odstąpić od standardowych procedur mycia zwłok”, „unikać ubierania zwłok do pochówku oraz okazywania zwłok”, „umieścić zwłoki w ochronnym, szczelnym worku, wraz z ubraniem lub okryciem szpitalnym, a w przypadku przekazania zwłok do spopielenia umieścić pierwszy worek ze zwłokami w drugim worku”, „zdezynfekować powierzchnię zewnętrzną kolejno każdego worka”.

 

Całość na łamach