Świat gra w chińczyka – NIE

Nie oddamy Chinom Kalifornii, good morning Joe, my czuwamy…

Miliardy par oczu z ekscytacja wpatrywały się w obrazki z dalekiego Zachodu, gdzie dwóch staruszków walczyło o przywództwo. Ale zmiany zajdą nas od tyłu, a penetracja chińskim nowym ładem sięgnie głęboko.

Trzeba przyznać Chinom, że choć faktycznie są największą potęgą tego świata, ba, są nawet naszą przyszłością, obrady zjazdu Komunistycznej Partii Chin to sentymentalna wyprawa w przeszłość. Zarówno przez nomenklaturę – „plan pięcioletni” czy „sesja plenarna KC” – jak i przez formułę, gdy wierchuszka partyjna zamyka się w hotelu, wypracowując dla narodu plan na kolejne lata. Wszystko w siermiężnej oprawie rewolucyjnej czerwieni i sierpów z młotami wiszącymi ponad głowami towarzyszy. To jednak przykrywka. Pod nią kryją się absolutnie fundamentalne zmiany, jakie przejdzie tamtejsza gospodarka, społeczeństwo, a także my – globalna wioska wrośnięta w bluszcz chińskiej siły roboczej i amerykańskiej siły twórczej. To właśnie ma się zmienić przede wszystkim.

 

Amerykańskie pieszczoty

Tłem plenum partyjnego jest oczywiście zakończona epoka Trumpa w roli prezydenta USA. Jego konfrontacyjne nastawienie sprawiło, że chińska partia zrozumiała, iż nie mając po swojej stronie innowacji, nie ma właściwie nic. Jej siła robocza wprawdzie latami zaspokajała gospodarkę, ale jedna decyzja pomarańczowego starca – zakaz współpracy z kluczowymi amerykańskimi firmami technologicznymi – sprawiła, że potęga ich możliwości produkcyjnych w gałęzi nowych technologii pozostaje sprawnością o potencjale wewnętrznym. Ban na chińską infrastrukturę 5G oraz firmy takie jak Huawei czy ZTE sprawił, że pole ekspansji zagranicznej zawęziło się do państw takich jak Rosja. Sankcje uderzyły w dwa bardzo czułe punkty. Pierwszym było oprogramowanie; przede wszystkim zakaz korzystania z usług Google na telefonach Huawei. Drugim – sankcje ściśle technologiczne, bardzo precyzyjnie wymierzone, np. licencjonowanie wszystkich firm, które chciałyby współpracować z Huaweiem, a wykorzystują amerykańskie technologie. To właśnie zakończyło współpracę chińskiego producenta telefonów z tajwańską firmą TSMC. Firmą, o której nie słyszał prawie nikt, a której komponenty prawie każdy ma w swoim telefonie. To wyrachowanie doprowadzić w końcu musiało jedyną, słuszną partię w jedynym słusznym mocarstwie do jedynie konkretnych wniosków – bez innowacji i własnych usług do usranej śmierci nasi obywatele będą szyć gacie dla wielkich amerykańskich i europejskich dupsk. Tanim wykonawcą i odtwórcą amerykańskich pomysłów już byliśmy. A przecież chińska droga wiedzie ku potędze…

 

Partia głosem narodu

Wczytuję się w komunikat podsumowujący wydany przez agencję Xinhua – tamtejszą tubę rządową. Jak co zjazd, tekst to komunistyczny koncert życzeń – naród żyć będzie dostatnio, gospodarka będzie rosnąć, obywatele umocnią w sobie wartości socjalistyczne. Między wierszami ukryto jednak akcenty na przyszłość, tę prawdziwą przyszłość, jaką chińscy towarzysze sobie i nam zafundują: „Chiny dążą do osiągnięcia postępu w budowaniu cywilizacji ekologicznej, optymalizacji rozwoju i ochrony przestrzeni terytorialnej oraz osiągnięcia wymiernych rezultatów w zakresie zielonej transformacji produkcji i stylu życia”. Cele zatem, choć zdefiniowane ogólnikowo, to zielone Chiny i nowa lepsza jakość życia. Po co? Partia najprawdopodobniej zrozumiała, że w perspektywie kolejnych kilkudziesięciu lat, zajeżdżając planetę produkcją nastawioną wyłącznie na wzrost gospodarczy, wyleje dziecko z kąpielą. Żeby przewodzić światu, trzeba jego mieszkańców utrzymać przy życiu.

Drugi kluczowy plan to jakość życia. Przez 40 lat udało się wyciągnąć z ubóstwa ponad 800 milionów Chińczyków – takie dane podaje Bank Światowy.

 

Całość na łamach