Szafarze zarazy – NIE

Szef polskiego Kościoła przeciw ministrowi zdrowia.

W Czapurach, liczącej 2,5 tysiąca dusz wiosce pod Poznaniem, wojsko nie raz widziano, bo w oddalonych o 2 kilometry Babkach stacjonuje Mobilna Jednostka Dowodzenia Operacjami Powietrznymi. Miejscowi do widoku mundurów więc przywykli, lecz koronawirus sprawił, że uniformy Wojska Polskiego ujrzeli w nowym i to niestety złowrogim świetle.

– Armia dostała rozkaz, żeby wioskę odciąć od reszty świata, bo przewiduje się, że straszliwa zaraza u nas wystąpi i politycy boją się, że świństwo przejdzie na resztę Polski – mówi mieszkaniec Czapur. – Na razie kordonu wojsko nie zorganizowało, bo szuka wszystkich, którzy w ubiegłą niedzielę byli w kościele, żeby ich zbadać. Cały odział łazi po wsi. Na mszy pół Czapur było, trochę potrwa zanim wszystkich wyłapią.

Zbadanie każdego, kto przychodzi do świątyni i ze śpiewem na ustach połka mieszaninę wody z mąką, to niewątpliwie posunięcie zasadne, ale dlaczego siły zbrojne uprały się akurat na czapuran zamiast powiedzmy na mieszkańców Żoliborza? Powody są dwa: 1. Nauczycielka miejscowej podstawówki zaraziła się koronawiusem 2. Jej małżonek jest szafarzem w kościele pod wezwaniem św. Augustyna w Czapurach.

 

Szafarz nie wykonuje mebli, służących do przechowywania odzieży, lecz rozdaje komunię podczas mszy. Oznacza to, że człowiek mający długotrwały i bliski kontakt z osobą zarażoną śmiercionośnym wirusem do ręki wziął co najmniej kilkaset hostii i włożył je co najmniej do kilkuset otworów gębowych. Zgodnie z zaleceniem episkopatu komunia w czasach zarazy może być co prawda udzielna na rękę, ale w Czapurach ludzie nie lubią nowinek i zdecydowana większość brała do ust.

Lekarze twierdzą, że gestor jest zdrowy, czuje się świetnie i objawów infekcji nie wykazuje, tyle że równie wyśmienicie czuł się lubelski nosiciel, a zarazki rozpowszechniał na lewo i prawo.

W Czapurach wybuchła panika.

 

Wojewoda wielkopolski zakomunikował, że „W wiosce odbywają się ćwiczenia wojskowe, a obecność żołnierzy nie ma niczego wspólnego z epidemią koronawirusa” i wezwał do zachowania spokoju, ale tylko dolał oliwy do ognia, bo mimo dobrej zmiany naród wciąż nie ufa władzy i urzędowe obwieszczenia interpretuje na opak.

– Mamy dać wiarę, że żołnierze w kombinezonach ochronnych i w maskach medycznych zjawili się tu przypadkiem? Śmiechu warte! – uważa pan Kazimierz, od urodzenia czapuranin. – Jak władza mówi, że żołnierze ćwiczą, to wiadomo, że szukają zarażonych i szykują się, żeby nas otoczyć, odseparować i z wioski czerwoną strefę zrobić. A jak mówi, żeby nie panikować, to nie ma co czekać – trzeba jak najszybciej spierdalać. Ja tam jestem wierzący, ale jak szkoły będą pozamykane to i kościoły trzeba zamknąć. Nie może być tak, że człowiek komunię przyjmuje, a potem się zastanawia czy tydzień przeżyje. Przyjąłem Jezusa od tego podejrzanego szafarza, ale alkohol to najgorszy wróg tego wirusa, więc się nie boję. Inni trzęsą portkami i nie ma co się dziwić.

 

Czapury są podzielone – są mieszkańcy wioski, którzy szafarza winią, ale inni go rozgrzeszają. Ci pierwsi wskazują, że, owszem, medycy dopiero w poniedziałek, czyli po masowym rozdawnictwie hostii, stwierdzili, iż żona jest zakażona, ale w kręgu podejrzeń ślubna była już do wielu dni i nawet przebywała w szpitalu. W tym stanie rzeczy szafarz nie miał prawa rozdawać komunii i szafować cudzym zdrowiem i życiem. Stronnicy księżego pomagiera uważają, że dając ludziom komunię chciał ich dobra duchowego, gdyż w czasach zarazy wszelkie akty pobożności są mile widziane i mogą się przyczynić do zastopowania epidemii, co najpełniej wyraża kawałek „od morowego powietrza, zachowaj nas, Panie”.

Tuż po tym jak w Czapurach wybuchła postkomunijna panika wiceprezydent Poznania ogłosił, że zamierza zwrócić się do metropolity poznańskiego „z prośbą o rozważenie możliwości ograniczenia udziału wiernych w mszach świętych” albowiem „w mszach św. i nabożeństwach biorą udział w przeważającej większości osoby starsze, które są najbardziej zagrożone na zakażenie korona wirusem, więc przez taką profilaktykę możliwe będzie zminimalizowanie strat”. Po tęczowych władzach Poznania trudno było się spodziewać, że wezwą do postu, na szczęście obóz patriotyczny natychmiast wychwycił ten podły atak na fundament polskości, pomysł wiceprezydenta Poznania, określając mianem lewackiej aberracji, a na łamach portalu braci Karnowskich, publikując wezwanie do intensyfikacji praktyk religijnych, w tym organizacji większej liczby mszy, pielgrzymek i procesji błagalnych.

 

Abpe Stanisław Gądecki w odpowiedzi na prośbę wiceprezydenta Poznania wydał komunikat „W s. Zagrożenia korona wirusem”: „Pragnę przypomnieć, że tak jak szpitale leczą choroby ciała, tak kościoły służą m.in. leczeniu chorób ducha, dlatego jest niewyobrażalne, abyśmy nie modlili się w naszych kościołach. W związku z zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego, żeby nie było dużych zgromadzeń osób, proszę o zwiększenie – w miarę możliwości – liczby niedzielnych Mszy Świętych w kościołach, aby jednorazowo w liturgiach mogła uczestniczyć liczba wiernych odpowiednia do wytycznych służb sanitarnych” – czytamy. Arcybiskup nieśmiałą prośbę władz Poznania o ograniczenie udziału wiernych w mszach pragnie zatem spełnić, zwiększając liczbę mszy, co oznacza że podobnie jak lud kierowane do siebie apele pojmuje opacznie.

Co niedziela przez kościoły przewala się bowiem 12 milionów Polaków i zwiększona liczba mszy tego nie zmieni. Nawet gdyby udało się odprawić 12 milionów nabożeństw i każdy rodak prezesa Kaczyńskiego miałby to na co zasłużył, a więc cały kościół tylko dla siebie, ryzyko zarażenia niewiele by zmalało, bo koronawirus żyje poza organizmem człowieka kilka dni, czyli znacznie dłużej niż początkowo szacowano. A to znaczy, że stwór pozostawiony przez nosiciela w kropielnicach i na ławkach będzie się bydlić wystarczająco długo by zarazić wszystkich uczestników solowych mszy.

Na dodatek co tydzień Jezuska połyka 2 miliony owieczek, a to czy połyk 2 milionów hostii nastąpi podczas jednej mszy czy tysiąca z epidemiologicznego punkt widzenia ma znaczenie drugorzędne, gdyż szafarze z wirusem na rękach zarażą stado o dokładnie takiej samej liczebności.

 

Morawiecki z Dudą chcą pokazać publice, że z epidemią walczą ofiarnie i na wszystkich frontach dlatego na granicach funkcjonują kordony sanitarne, pozamykano szkoły i muzea i nawet kibice piłki nożnej nie mają gdzie wykazywać swego przywiązania do tradycji i rotmistrza Pileckiego. Ale jeśli kościół nadal będzie ponad wszystko i prezydent oraz premier nie pisną o jego obowiązkach w czasach zarazy wszystko zda się psu na budę. Cóż, wiele wskazuje na to, że nie pisną. Wniosek:

Los Polski jest w rękach żyjących w świecie imaginacji kapłanów.

Czapur będzie więcej, a rozdawanie komunii nie zawsze musi się kończyć happy endem.