Towarzyszu mój – NIE

Były szef komisji sprawiedliwości w Sejmie Stanisław Piotrowicz rozmawiał z tygodnikiem „Sieci”. Zgadzam się z tym, co mówi o PRL, gdyż prawdę rzecze. Powiada, że jego należenie do PZPR nie oznaczało, że był komunistą. Istotnie tym mianem w latach 80. określali siebie tylko uczestnicy ortodoksyjnych grupek wyrzucani zresztą z partii. On jako prokurator, oskarżając w stanie wojennym konspiratora z „Solidarności”, w istocie go bronił – opowiada były poseł. Mógł bowiem żądać wyższej kary. To może o sobie zgodnie z prawdą powiedzieć większość prokuratorów i sędziów wydających umiarkowane wyroki. Tytuł towarzysza Piotrowicza rekompensował sobie, słuchając Wolnej Europy i chodząc do kościoła. Nie był wyjątkiem. Do PZPR należał, jak powiada, „nie z własnej woli”. Wzbraniał się, dopóki bezpartyjność nie zagrażała jego karierze. Członkostwo partii – wyjaśnia – nie oznaczało utożsamiana się z systemem. Nieświęta, ale prawda i dlatego później sztandar PZPR sam się rwał, żeby go wyprowadzić. Pomimo wszystkich tych zasług i przewag Piotrowicz żali się, że jest ofiarą opozycji, która usiłuje go, cytuję, „złamać, zniesławić, zniszczyć”. Ten były pezetpeerowiec współcześnie znowu jest partyjny w trosce o karierę i nadal bronił ustroju opartego na wszechwładzy jednej partii.