Trupojady – NIE

Śmierć następuje przez wbicie w mózg metalowego trzpienia, później podcina się gardło.

Gdy ponad rok temu w internecie pojawił się film nakręcony w jednej z ubojni, gdzie trafiły chore krowy, a potem ich mięso trafiło do sklepów, służby weterynaryjne zaczęły bić na alarm. Włączył się do chóru oburzonych także minister rolnictwa. Powtarzał, że to niewyobrażalne i on zrobi z tym porządek. Uruchomił Inspekcję Weterynaryjną i Głównego Lekarza Weterynarii – wszyscy byli równie wstrząśnięci odkrytym procederem.

Tymczasem cały ten tumult to ściema, bo o tym, że w ubojniach zabijane są krowy chore, a często wykorzystywane jest mięso martwych zwierząt, od lat wiedzą wszyscy związani z rolnictwem. Wie każdy powiatowy lekarz weterynarii, który albo bezskutecznie zgłasza ten fakt policji, albo współpracuje z rolnikami. Sytuację znają weterynarze, którzy są zatrudnieni przez ubojnie. I bezradni zwalniają się z pracy, bo ich interwencje są nieskuteczne.

Nigdy nic nie zrobiono, aby ów proceder przykrócić, bo dla rolnika i dla ubojni jest to dobry biznes. A o dobry biznes trzeba dbać.

– To jest od lat funkcjonująca mafia, o której wszyscy w branży dobrze wiedzą – mówi anonimowo pracownik Inspekcji Weterynaryjnej.

Dlaczego anonimowo? Bo straciłby pracę, gdyby ujawnił powiązania szefów i powiatowych lekarzy weterynarii z rolnikami, którzy nie tylko znęcają się nad krowami, ale też fundują nam trujące mięso.

Od internetowej afery minął rok. Poza oburzeniem służb weterynaryjnych i ministerialnych nie tylko nic się nie zmieniło, ale jest znacznie gorzej, bo ci, którzy jeszcze wtedy bali się konsekwencji, już dziś wiedzą, że pozostaną bezkarni.

Ministerstwo Rolnictwa nie odpowiedziało nam na pytania, jaka jest obecnie sytuacja w kwestii „leżących krów”, jak nazwano ów proceder.

 

Krowy mocno zużyte

„Kupię każdą ilość bydła pourazowego, wybrakowanego, leżącego z połamanymi nogami, posiadamy własny transport z podnośnikiem całą dobę, płacę gotówką” – to ogłoszenie z 2012 r.

A to konwersacja z 7 stycznia 2020 r. na portalu „Rozmowy o rolnictwie”:

„Kto w podlaskim, Kolno, Szczuczyn płaci dobrze za chore bydło i przyjeżdża pod oborę?”;

„Niemal każdy, nawet ubojnia z Tykocina, swoim pojazdem”;

„Wszędzie podobne ceny, w zależności czy bydło jeszcze da radę dojechać :D, czy mocno zużyte”.

Zaraz potem pojawiają się nie tylko namiary na konkretne ubojnie, ale także numery telefonów do kierowcy, który transport odbiera. Podano, kto posiada odpowiedni podnośnik, żeby krowę, która już nie jest w stanie samodzielnie stać, wciągnięto na samochód.

Jest też nazwisko właściciela ubojni, którego syn jest miejscowym weterynarzem i ogarnia wszelkie lewe kwity. Podobno załatwienie takich kwitów nie jest problemem dla żadnej ubojni.

„Przyjeżdża pod oborę” to coś w rodzaju grypsu – mówi pracownik inspekcji weterynaryjnej. – To oznacza przyjazd po krowy, które są tak chore, że już nie mogą wyjść z obory, bo leżą.

Dzwonię pod jeden ze wskazanych numerów.

– Mam krowę, która po porodzie już nie wstała. Powiedziano mi, że mogę do pana się odezwać.

– Dobrze. Tylko żeby nie było krwi. No, żeby mi jucha w aucie nie ciekła. Ale po jedną nie będę jechał. Może będę brał z okolicy więcej, to podjadę.

– A jak zdechnie?

– To nic.

 

Całość na łamach