Ukrzyżowana – NIE

O mściwym Ziobrze, który dzięki reformie sądownictwa wreszcie będzie mógł ją dorwać, „NIE” rozmawia z GRAŻYNĄ JUSZCZYK, nauczycielką, która 7 lat temu odważyła się zdjąć krzyż w szkole.

 

– I po co to Pani było?

– Nie żałuję.

 

– „Kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”. Nie słyszała Pani?

– Słyszałam.

 

– To poproszę jeszcze raz całą historię. Po kolei.

– Afera zaczęła się wiosną 2013 r., gdy rozniosło się, że szkołę w Krapkowicach, w której uczyłam ponad 30 lat matematyki, ma odwiedzić biskup. Mnie wtedy nie było nawet w pracy, przebywałam na urlopie zdrowotnym. Miejscowy proboszcz, aby przypodobać się hierarchom, postanowił powiesić krzyż w centralnym miejscu pokoju nauczycielskiego. Przeprowadził konsultacje, czyli zapytał o zdanie najgłębiej wierzących nauczycieli. Tych, którzy mogli mieć coś przeciw, w tym mnie, ominął.

 

– Roztropnie.

– Po wakacjach, dawno już po odwiedzinach biskupa, postanowiłam ten krzyż zdjąć. Przyczyna ustała, kaprys księdza został zaspokojony, a dla mnie było to zawłaszczanie przestrzeni i w pewnym sensie wykluczanie osób niewierzących. Zawsze uważałam i tak uczyłam dzieci, że świat należy zaczynać naprawiać od siebie. Zamiast narzekać, że nic się z czymś nie robi, trzeba brać sprawy w swoje ręce. Sądziłam – a znałam innych nauczycieli wiele lat – że moje zachowanie nie wzbudzi kontrowersji.

 

– Nocą Pani ten krzyż zdjęła?

– W biały dzień, przy świadkach. Podstawiłam krzesło, zdjęłam krzyż, odłożyłam go na szafkę, nikt nawet nie zwrócił uwagi. Minął ponad miesiąc, ksiądz akurat wrócił z urlopu i jedna z bardziej religijnych nauczycielek zaczęła się dopytywać, co się stało z krzyżem. Przyznałam, że to ja go zdjęłam, bo w miejscu pracy mam prawo nie oglądać cudzych symboli religijnych. Sądziłam, że to wszystko. Sprawa rozeszła się po kościach.

 

– Kiedy zaczęto układać stos?

– Kilka dni później ogłoszono, że na długiej przerwie odbędzie się nadzwyczajne zebranie. Udawano przede mną, że nie wiadomo, o co chodzi. Ktoś krzyż znów powiesił. Ponownie go zdjęłam.

 

– Recydywa…

– Położyłam go na stoliku, gdzie siadał zwykle ksiądz, aby go zabrał ze szkoły. Zwołano nauczycieli, dzieci stłoczono na jednym korytarzu pod opieką woźnych. Stan wojenny wprowadzili!

 

– Czego się Pani spodziewała?

– Czułam lęk. Ponad 50 osób w sali, absolutna cisza, wkracza dyrektorka. I mówi: zebranie zostało zwołane na wniosek większości nauczycieli, oburzonych zdjęciem krzyża. Wiemy już, kto ośmielił się to zrobić. Nastąpiła przemowa o krzyżu, o jego wspaniałych wartościach, cytaty z Jana Pawła II. Spodziewano się, że nawet nie ośmielę się pisnąć. Ale zabrałam głos.

 

– Odważnie.

– Powiedziałam, że dla mnie krzyż to nieprzyjemny symbol przemocy, okrucieństwa i śmierci. Wywołuje we mnie złe skojarzenia i źle się przy nim czuję.

 

– Nie wywieźli Pani na taczce?

 

Całość na łamach