Walentynki Andrzeja Dudy – NIE

Podróż ku źródłom miłości do prezydenta.

Jolanta Rosiek, dwudziestokilkulatka spod Łososiny Dolnej, województwo małopolskie, powiat Nowy Sącz, od prawie trzech lat cierpi niewyobrażalne wręcz katusze. Nie ma odcisków ani raka, nie wzięła chwilówki na 6000 proc., a jej telewizor odbiera więcej kanałów niż tylko TVP Info. Przyczyną jej mąk jest tęsknota za ukochanym, którym jest nie byle kto, bo sam najważniejszy obywatel Rzeczypospolitej – prezydent Andrzej Duda.

Żale pani Jolanta wylewa w mediach społecznościowych, gdzie jej emocje – jak to w wielkiej miłości bywa – wahają się od uwielbienia i zachwytu po obrzydzenie i nienawiść.

Jednego dnia jest więc w stanie napisać publicznie: „Skarbie mój, Andrzejku. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś, gdy tylko miałeś chwilkę, to rozmawialiśmy o wszystkim”, by drugiego stwierdzić „takiego obłudnika i fałszywego człowieka jeszcze nie znałam”.

Rano potrafi oznajmić: „Kochanie, dajesz mi siłę na to by móc walczyć o prawdę, dla Ciebie, dla Nas. Tulę mocno Cię, i całuje!”, a wieczorem: „Męcz się męcz człowieku, udawaj kolejne lata. Nie chce Cię już znać, bez względu na wszystko i wszystkich”.

Jako że zbliżają się Walentynki, a sam również byłem kiedyś zakochany (wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć – i bym teraz, kurwa, pisał artykuły jedną ręką), postanowiłem pomóc pani Joli, odnaleźć ją i połączyć z Andrzejem Dudą na zawsze.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest

Ustalenie miejsca pobytu domniemanej kochanki prezydenta, ma się rozumieć, nie jest rzeczą łatwą. Szczególnie gdy ta propozycję przyjazdu i wysłuchania jej historii kwituje słowami: „Myślą, że jestem taka głupia i mi zamydlą oczy jakimś tygodnikiem Urbana, co to mało kto czyta. I jeszcze zrobią ze mnie później taką co do »lewicy« poszła się żalić, jakąś lewaczkę czy coś. Tak mnie nie uciszą. O nie!!! Nie nabiorę się na takie coś!”.

Początkowo myślałem, że będę musiał szukać jej po całej Polsce, liczącej – bagatela – 20 milionów kobiet, ale na szczęście przy wnikliwym przetrzepywaniu miłosnych apeli, które Jolanta Rosiek nadawała w formie wideo przez internet, dopatrzyłem się nazwy „Łososina Dolna”. To licząca 11 tysięcy mieszkańców gmina, w której Andrzej Duda otrzymał w wyborach prezydenckich 90 proc. głosów. Prawo i Sprawiedliwość obiecało wtedy, że uradowany tak wyjątkowym w skali kraju wynikiem prezydent gminę wkrótce odwiedzi, ale, jak to z obietnicami PiS bywa, gówno z tego wyszło.

Nie licząc na inne namiary, wsiadłem więc w samochód, przejechałem 400 km i zaparkowałem przed Urzędem Gminy w Łososinie. Tam z miejsca posłano mnie do pokoju opieki społecznej. Nie ze względu na mój wygląd po ponad 5-godzinnej podróży, ale z uwagi na fakt, że pracujące tam 4 urzędniczki wiedzą podobno wszystko o wszystkich w gminie.

– Kojarzą panie może Jolantę Rosiek? To wedle moich ustaleń mieszkanka Łososiny – wyciągnąłem w ich stronę zdjęcie.

– Nie kojarzymy – kręciły nosami.

– Twierdzi, że ma romans z prezydentem.

– Z kim?!

– Z Andrzejem Dudą.

– Ehehehehehe! – Salę spowił gromki śmiech.

Gdy po wyjściu przeczytałem plakietkę, z której wynikało, że najgłośniej zaśmiewała się urzędniczka o nazwisku Rosiek, ponownie otworzyłem drzwi i zapytałem, czy na pewno nie ma ze sprawą nic wspólnego.

– Rośków tu u nas jak psów! Nie mam. Nie znam. A szkoda… – rechotała. – Bardzo dobry żart, niech pan zaraz idzie z nim do kierownika.

Kierownik gminnego ośrodka pomocy społecznej pani Joli również nie kojarzył. I sądząc po reakcji na zdjęcie, w awanse Dudy do niej niespecjalnie wierzył.

Podobna reakcja spotkała mnie na poczcie, w bibliotece i w supermarkecie. Dopiero w okazałym Centrum Kultury i Promocji Gminy Łososina Dolna (a pani Jola wszak gminę promuje) młoda kobieta skojarzyła osobę ze zdjęcia i kazała szukać jej w oddalonej o kilka kilometrów niewielkiej wiosce.

Na odchodnym postanowiłem jeszcze zajrzeć do budynku NFZ, gdzie – co prawda z pominięciem RODO, ale za to dużą troską – poinformowano mnie, iż pani Jola w wąskich kręgach Łososiny znana jest z problemów natury mentalnej. I że pisać o osobie cierpiącej, a już szczególnie w prześmiewczy sposób, zwyczajnie nie wypada.

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku

Przez ponad 10 lat pracy w „NIE” koło nosa w ten sposób przechodziły mi już dziesiątki wspaniałych tematów – ot, choćby historia człowieka, który na wszystkie świętości zaklinał się, że jest synem ojca Tadeusza Rydzyka, ale o wszystkim opowie dopiero, gdy przyjadę do niego do Świętokrzyskiego Centrum Psychiatrii w Morawicy.

Jako wyznawca starej dziennikarskiej szkoły, w myśl której z osób chorych naśmiewać się nie wolno, postanowiłem odpuścić opisywanie historii i zacząć wymyślać ściemę, jaką sprzedam Urbanowi, gdy zapyta, gdzie podział się mój tekst na ten tydzień.

Ale skoro miałem już nazwę wsi pani Jolanty, a wieś ta liczyła ponoć tylko kilkanaście domów, w drodze powrotnej postanowiłem opowiedzieć o wszystkim jej rodzicom, aby przynajmniej odcięli córkę od internetu.

Nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu

Drzwi w dużym dwupoziomowym domu otworzył mi starszy brat pani Jolanty. Dyskretnie poprosiłem go na słówko, tłumacząc cel przyjazdu, a także diagnozę, jaką usłyszałem od życzliwej osoby. Obiecując, że historii nie opiszę, poprosiłem, aby coś ze sprawą zrobił – cały internet wszak huczy od doniesień o rzekomym wielkim romansie prezydenta i jego siostry.

Uśmiechnięty brat pani Joli powiedział, że plotka o chorobie psychicznej to nieporozumienie i najlepiej będzie, jeśli siostra sama wyjdzie i osobiście mi wszystko wytłumaczy.

Po kilku minutach oczekiwania w drzwiach ukazała się ona – i zdenerwowana poczłapała ze mną na podwórko.

Tu usłyszałem, że to nieładnie nachodzić ludzi po domach i że wszystko, co miała w tej sprawie do powiedzenia, wisi od dawna w sieci. Po chwili zmieniła jednak ton i opowiedziała jak na spowiedzi: z prezydentem Dudą flirtowała od 2015 r. przez kilkanaście miesięcy przez internet. Na dowód ma zrzuty ekranu z komunikatorów i SMS-y. Niestety w pewnym momencie łączność się urwała, a ludzie z otoczenia prezydenta zaczęli zniechęcać panią Jolę do kontaktów. Widywała Andrzeja Dudę wielokrotnie, gdy odwiedzał okoliczne miasta, ale nigdy nie pozwolono jej się do niego zbliżyć bardziej niż na kilka metrów. Do konsumpcji związku, a nawet randki więc nie doszło. Ale kochanek zachował się po chamsku, bo przestał pisać. A ona coś poczuła i czuć nie przestała.

Na moją delikatną supozycję, iż być może jest osobą leczącą się psychiatrycznie i lepiej byłoby, abym tematu nie ruszał, bo to tylko wyrządzi jej krzywdę, obruszyła się: – To jakieś bzdury, jestem zdrowa i nie wiem, czemu ludzie próbują zrobić ze mnie wariatkę!

Andrzeja Dudę pani Jolanta kocha najmocniej na świecie i choć wie, że raczej z nim nie będzie, pragnie tylko tego, by potwierdził, że coś między nimi było. Prosiła o interwencję różne media, nikt się nie odezwał. A że trafił się tygodnik „NIE”, to trudno. Mogę sobie pisać.

Ponownie pochyliłem się nad stanem psychicznym pani Joli, pytając, że skoro jest tylu innych przystojnych polskich polityków, czemu wybrała sobie akurat, za przeproszeniem, tego.

– To pan nie wie, że miłość nie wybiera?! – zapytała oburzona.

Z uwagi na daleko posunięty sceptycyzm co do prawdziwości całej opowieści (kto zdrowy na umyśle zakochałby się w Andrzeju Dudzie?) ponownie postanowiłem wsiąść w samochód i zawinąć kiecę do Warszawy. Ale tu pani Jola wyciągnęła asa z rękawa: – Jeśli mi pan nie wierzy, dam panu numer do koleżanki. Ona była świadkiem i wszystko potwierdzi!

 

Nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą

Koleżanka pani Joli też o pięknym imieniu Jolanta odebrała telefon i powiedziała, że jedzie akurat na drugą do roboty i jest w autobusie. Jeśli wyrobię się z dojazdem w kwadrans, to ze mną porozmawia.

Może to rozdwojenie jaźni – pomyślałem po odłożeniu słuchawki – i druga pani Jolanta jest w istocie tą pierwszą udającą głos innej baby podczas jazdy autobusem? Zatelefonowałem więc ponownie. Liczyłem, że zacznie wymyślać nazwy kolejnych przystanków i udawać dźwięk otwierania drzwi. Wszystko wydawało się jednak OK – autobus w słuchawce warczał jak prawdziwy.

Od domu pierwszej pani Joli do pracy drugiej pani Joli dzieliło mnie ponad 50 km po kiepskich drogach, czyli prawie godzina jazdy. Oznajmiłem, że się spóźnię, ale sprawa jest wagi państwowej.

– Pracuję na kasie w sklepie. Pan wejdzie i mnie znajdzie, pogadamy – obiecała.

W jednakową chorobę psychiczną dwóch koleżanek naraz trudno uwierzyć – i to mógł być argument za tym, że zakochana pani Jolanta o flirtach z Dudą mówiła jednak prawdę. Pędziłem więc, co sił w aucie.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy

Koleżanka pani Jolanty, z całą pewnością nie będąca pierwszą panią Jolantą, która musiałaby wyprzedzić mnie w  tym czasie na trasie Łososina–Tarnów, ufarbować włosy na blond i usiąść na kasie w supermarkecie, wersję znajomej potwierdza w całej rozciągłości, na co mam nagranie: – Od dłuższego czasu prezydent i Jola nie mają ze sobą kontaktu, ale wcześniej ze sobą pisali. Znajomość została nawiązana przy wyborach. Zaczęłyśmy interesować się z koleżanką polityką, tymi wszystkimi Kukizami. Z głupia frant napisałyśmy do Dudy z gratulacjami, ale tak inaczej niż reszta, i odpisał.

Według pani Joli nr 2 dla ludzi to niebywała historia i jak się popyta sąsiadów, to mówią, że dziewczyna coś sobie ubzdurała. A przecież Jola nr 1 prosiła publicznie o komentarz innych polityków PiS, nawet Zbigniewa Ziobrę. I cisza, nikt nie zdementował.

– To był bardziej romans, flirt czy może takie sobie pisanie? – przyciskałem.

– Wyznania miłości z jednej i z drugiej strony były. Na ile to było prawdziwe ze strony prezydenta, trudno powiedzieć, natomiast koleżanka bardzo się w to wkręciła. On też twierdził, że kocha.

– A może to nie było konto pana prezydenta, tylko jakiegoś trolla, który się podszywał?

– Nie, nie, nie. Pod tym względem jestem pewna. Potem zaczęło się pisanie za niego przez kogoś innego, zniechęcanie koleżanki, jakieś grożenie. Jakby ktoś bardzo całej sprawie chciał urwać łeb.

– A pani Andrzej Duda się nie spodobał?

– Polubiłam go, dopóki pisał on. W porządku człowiek. Ale żeby jakoś tak strasznie mi się podobał, to nie.

– Ale on przecież ma żonę, dziecko…

– Podobno w ogóle nie ma miłości między nim a żoną, wszystko na siłę jest robione, a Andrzej nieraz sam mówił, że to wszystko tylko na potrzeby polityki.

 

We wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma

Aby ostatecznie wyjaśnić wszystkie niedomówienia, na adres biura prasowego Kancelarii Prezydenta wysłałem prostą wiadomość: „W związku z pracą nad artykułem o Jolancie Rosiek, która od kilku miesięcy sugeruje publicznie romans z Prezydentem Andrzejem Dudą (https://twitter.com/JolantaRosiek), proszę o odpowiedź na następujące pytania:

  1. Czy Pan Prezydent miał kiedykolwiek kontakt z panią Jolantą Rosiek?
  2. Czy prawdą jest, że Pan Prezydent ma/miał romans z panią Jolantą Rosiek?

Z uwagi na napięty terminarz wydawniczy będę wdzięczny za odpowiedź najpóźniej do środy 6 lutego do godziny 11.00”.

Mimo upływu kilku dni odpowiedź nie nadeszła. Mamy więc w tej historii niechybnie do czynienia z jedną z następujących prawd:

  1. Andrzej Duda flirtował sobie z fanką, ale przestał i jak się wydało, to milczy.
  2. Ktoś udawał prezydenta i wkręcił małolatę.
  3. Małolata wszystko wymyśliła i wkręciła koleżankę.
  4. Małolata i koleżanka wszystko wymyśliły i wkręciły mnie.
  5. Miłość to w ogóle jedno wielkie oszustwo.

Najbardziej wiarygodną wersję proszę wybrać we własnym zakresie.

 

MICHAŁ MARSZAŁ

michal.marszal@redakcja.nie.com.pl