Wolność, równość, homoseksualizm – NIE

Podczas gdy nasza biedna prowincjonalna ojczyzna żyje dyskusją o tym, czy geje to ludzie – w Stanach Zjednoczonych społeczność LGBT odniosła kolejne przełomowe zwycięstwo w walce o swoje prawa.

Zwycięstwo tym ważniejsze, że dokonało się kosztem wartości w USA fetyszyzowanej, czyli wolności gospodarczej. Sąd Najwyższy orzekł, że pracodawca nie ma prawa zwolnić osoby nieheteronormatywnej z powodu jej orientacji seksualnej.

 

***

Jest pewna ironia w fakcie, iż wyrok ten nadszedł 5 lat po orzeczeniu w sprawie Obergefell vs. Hodges, które faktycznie zalegalizowało śluby jednopłciowe w całym kraju. 26 czerwca 2015 r. Sąd Najwyższy stwierdził, że zgodnie z zasadą ochrony równych praw gwarantowaną przez 14. poprawkę do amerykańskiej konstytucji śluby gejowskie muszą być udzielane i uznawane na równi z heteryckimi – wobec czego 8 hrabstw stanu Alabama zaprzestało udzielania ślubów w ogóle. Ironia polega na tym, że gdy pół wieku temu środowiska gejowskie w USA zaczynały walkę o swoje prawa – równości małżeńskiej w ogóle nie było w agendzie, wydawała się bowiem celem kompetentnie księżycowym.

Pierwsi bojownicy „ideologii LGBT” w USA walczyli właśnie o to, co dostali dopiero w tym tygodniu: o ochronę przed dyskryminacją w miejscu pracy, o prawo bycia sobą bez ryzyka, że ktoś wyleje cię z roboty. I są to cele, które Amerykanie rozumieją i popierają.

Mimo konsekwentnych wysiłków Trumpa na rzecz ożywienia homofobii i cofnięcia zegara, olbrzymia większość Amerykanów – 83 procent ogółu, aż 74 procent wyborców republikańskich – uważa, że zwalnianie ludzi za odmienność seksualną powinno być nielegalne.

Przykład amerykański jest znaczący, ponieważ – o ile od postępowej Europy dzielą nas całe dekady cywilizacji – USA to dziki kraj, gdzie prawo pracy nie istnieje, policja strzela do ludzi z powodu koloru ich skóry, a w 28 stanach nadal obowiązuje kara śmierci. Możemy sobie wytłumaczyć pozostawanie w tyle choćby za Maltą czy Irlandią – ale gdy cywilizacyjnie wyprzedza nas Dziki Zachód, to jest moment, żeby przemyśleć swoje wartości.

„Pracodawca, który zwalnia pracownika wyłącznie z tego powodu, że jest gejem lub osobą transpłciową, łamie prawo” – orzekł w poniedziałek Sąd Najwyższy USA w wyroku dotyczącym trzech spraw: Geralda Bostocka, Donalda Zardy i Aimee Stephens.

 

***

To, co jest w nowym orzeczeniu Sądu Najwyższego szczególnie ekscytujące, to fakt, iż jego uzasadnienie zostało napisane przez uważanego za ultrakonserwatywnego sędziego Neila Gorsucha. To pierwszy nominat Trumpa w SN; jego wybór na miejsce zmarłego w 2016 r. apostoła konstytucyjnej konserwy, sędziego Antonina Scalii, republikańska większość w Senacie przepchnęła metodą pisowską – zmieniając prawo poprzez zniesienie wymogu większości kwalifikowanej – a demokraci starali się zablokować wszystkimi możliwymi środkami. I ta nadzieja prawactwa, jastrząb obrony tradycyjnych wartości, nie tylko zagłosował za pedałami, ale stał się także, jako autor uzasadnienia, twarzą propedalskiego prawa.

Jak nietrudno się domyślić, inni prawacy nie są zachwyceni. W zdaniach odrębnych przegłosowani konserwatywni sędziowie (wyrok został przyjęty większością 6:3) zarzucili Gorsuchowi zdradę nie tylko zasad, ale także pamięci sędziego Scalii. „Sędziowie przyssani do osobliwej formy literalizmu zmieniają prawo, pisząc od nowa znaczenie prostych słów” – ogłosił Brett Kavanaugh. Sędziowie Samuel Alito i Clarence Thomas w barwnej filipice będącej ich zdaniem odrębnym nazwali uzasadnienie Gorsucha „statkiem pirackim pod fałszywą banderą tekstualizmu”.

I to jest właśnie to, co boli najbardziej: sędzia Gorsuch, uzasadniając wyrok, odwołał się do zasady tekstualizmu – dotychczas ukochanego oręża konserwatywnych sędziów, którzy głosili, że jedynym źródłem prawa jest dosłownie rozumiany tekst przepisu, bez jakiegokolwiek uwzględniania intencji ustawodawcy, zmieniających się realiów społecznych, wymogów współczesności. I tym właśnie mechanizmem dosłownej interpretacji posłużył się Neil Gorsuch, wyjaśniając, dlaczego ustawa o prawach obywatelskich z 1964 r., zabraniająca dyskryminacji w miejscu pracy ze względu m.in. na płeć, chroni także osoby nieheteronormatywne: „Pracodawca, który zwalnia kogoś za to, że jest homoseksualistą lub osobą transpłciową, zwalnia go z powodu cech lub działań, których nie kwestionowałby u przedstawicieli innej płci. Płeć odgrywa zatem niezbędną i niekwestionowaną rolę w podejmowaniu decyzji, a to jest dokładnie to, czego zabrania rozdział VII ustawy o prawach obywatelskich”. Sędzia dodał, że twórcy ustawy „mogli nie przewidzieć, że ich praca doprowadzi do tego konkretnego rezultatu” – podobnie jak nie przewidzieli zakazu dyskryminacji ze względu na macierzyństwo czy molestowania seksualnego pracowników płci męskiej – ale „granice wyobraźni ustawodawców nie są powodem, by ignorować żądania prawa”.

 

Całość na łamach