Wpierdol, ale po bożemu – NIE

Ordo Iuris – naszym darem dla ludzkości.

Instytut Ordo Iuris złożył właśnie w Sejmie obywatelski projekt ustawy „Tak dla rodziny, nie dla gender”, pod którym w niespełna 3 miesiące zebrał 150 tys. podpisów. Projekt – nie zgadniecie – wspiera inicjatywę ministra Ziobry w sprawie wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, do czego niezbędna jest ustawa.

Nie ma żadnej niespodzianki: to typowy lament ciemnogrodu nad zamachem na naszą wzniosłą tradycję trzymania bab za ryj, opakowany w nabzdyczony język typowy dla kolesiów, którzy uważają, że każde ich wystąpienie ma doniosłość Konstytucji 3 Maja („Dostrzegając, że nieefektywne i nacechowane ideologicznie rozwiązania zawarte w Konwencji stambulskiej nie tylko nie służą ochronie rodziny i jej członków przed zjawiskami patologicznymi, w tym problemami przemocowymi, ale prowadzą do ich nasilenia”…). W sferze merytorycznej ustawa nie zawiera w zasadzie nic poza zgodą na wypisanie Polski z grona państw zwalczających przemoc w rodzinie.

Atoli to nie wszystko.

Bojownicy o prawa kobiet do brania wpierdolu od męża uznali, że samo zniesienie konwencji stambulskiej to za mało. Należy ją zastąpić międzynarodową umową, która zagwarantuje prawo kobiet i dzieci do bycia bitymi zgodnie z najświętszą chrześcijańską tradycją. Stąd umieszczony w projekcie zapis o powołaniu „zespołu do spraw opracowania założeń międzynarodowej konwencji o prawach rodziny jako organu doradczego Prezesa Rady Ministrów” – skądinąd całkiem zbędny, zważywszy, iż Ordo Iuris ma projekt już gotowy.

I jemu akurat – dostrzegając, że Ordo Iuris dostaje w pisowskiej Polsce wszystko, co chce – warto się przyjrzeć. Jestem dziwnie pewna, że już wkrótce polska dyplomacja wyruszy w świat, szukając poparcia dla tej kuriozalnej inicjatywy.

Poczytajmy.

 

Amoralny familizm

W preambule – ideolodzy z Ordo Iuris kochają preambuły – czytamy oczywiście o „rodzinie opartej na małżeństwie oraz małżeństwie rozumianym jako związek jednej kobiety i jednego mężczyzny” – żeby nikomu nie przyszło do głowy, że rodzina może być inna niż ta, którą ma minister Ziobro. To szczególnie ważne w kontekście następnego zdania: „Przyszłość ludzkości oparta jest na dobrym funkcjonowaniu rodziny”.

Otóż, kurwa, nie jest. A nawet wręcz przeciwnie.

Przyszłość ludzkości opiera się na umiejętności funkcjonowania w kolektywach miliony – a raczej miliardy – razy szerszych niż rodzina. Przyszłość ludzkości opiera się na gotowości do wspólnej rezygnacji z partykularnych egoizmów, które doprowadziły Ziemię na skraj katastrofy ekologicznej; na samoograniczaniu bogatych społeczeństw – do których coraz bardziej należymy – i ich gotowości do podzielnia się dobrobytem z zresztą ludzkości. „Dobre funkcjonowanie rodziny” w wydaniu katolickim ma w socjologii swoją nazwę: amoralny familizm. To termin, który ukuł socjolog Edward C. Banfield, opisując specyficzną moralność południa Włoch w latach 50. XX w. Polega on z grubsza rzecz biorąc na przekonaniu, że rodzina jest najwyższą świętością i dla jej dobra można dopuścić się każdej niegodziwości wobec osób spoza rodziny.

Tak samo myślą towarzysze z Ordo Iuris: „Rodzice, dzieci, dziadkowie oraz inni krewni i powinowaci tworzą wyjątkową wspólnotę, która jest optymalnym środowiskiem rozwoju człowieka, zabezpieczającym go przed przemocą oraz innymi patologiami” – orzekają i zobowiązują „organy władzy publicznej” do „kierowania się domniemaniem, że dobro dziecka jest realizowane w najwyższym stopniu w rodzinie biologicznej”. Kłopot w tym, że czasem jest, a czasem nie. Kobiety i dzieci dostają wpierdol nie na ulicy od obcych, tylko w domu od bliskich – i dlatego właśnie potrzebna jest konwencja antyprzemocowa.

Ordo Iuris jest naturalnie przeciwnego zdania: ochrona kobiet przed przemocą ze strony mężów to perfidna akcja wymierzona w przyszłość ludzkości. A tak dokładnie jej najlepszej chrześcijańskiej części: „Przyczyny bezprecedensowego kryzysu demograficznego dotykającego wiele regionów świata leżą w podważaniu natury i lekceważeniu społecznych funkcji małżeństwa oraz rodziny” – czytaj: w antykoncepcji, karierze zawodowej kobiet i świadomym macierzyństwie. Po katolicku: „utrwalaniu się mentalności przeciwnej poczęciu nowego życia”.

 

Całość na łamach