Z trawyś, Mario – NIE

Jaraj blanta na chwałę Pana!

Na facebookowej stronie „Przyjaciele Jezusa” ukazało się wstrząsające świadectwo pt. „Tylko jeden Buch”: „Miłosz ma 19 lat. Marihuany pierwszy raz spróbował w liceum. Miał wtedy zaledwie 17 lat.

– Pamiętam tych dilerów, którzy z dziką żądzą w oczach dawali nam skręty. Czekali na nas pod szkołą i wciskali do ręki po 2-3 skręty. Skusiłem się w końcu-przyznaje Miłosz.

– Nie miałem pojęcia, co będzie się po tym ze mną dziać. Wziąłem jednego macha i przeniosłem się do innego świata. W tym świecie nie było Pana Boga, a na ludzi polowały żądne krwi wilkołaki. Musiałem przed nimi uciekać, a one ciągle rozrywały moje ciało. Gdy się ocknąłem, leżałem w szpitalu. Okazało się, że przez rok byłem w śpiączce spowodowanej marihuaną.

– Jest to naturalne działanie toksycznej substancji THC zawartej w masie marihuanowej – mówi profesor Jan Głąbek z instytutu ds. substancji toksycznych.

– Jedno zaciągnięcie się dymem powstałym w skutek spalania masy marihuanowej potrafi uśmiercić nawet do 30 000 szarych komórek – ostrzega profesor”.

Nie wiadomo, ile autor tego tekstu wypalił podczas pisania, ale musiał to być spory dżoint.

Moją uwagę przyciągnęło jednak co innego: biedny Miłosz przy całej życiowej tragedii miał niesamowite szczęście. Sam w latach szkolnych wyglądałem z niecierpliwością tych dilerów-akwizytorów, co to pierwsze działki dają gratis. Taką nadzieję robili nam różni moralizatorzy i katecheci. Ale nigdy się na takich handlarzy-filantropów nie natknąłem. Okazało się wręcz, że za dragi trzeba od początku płacić – i to słono jak na budżet nastolatka. Ostatecznie rozczarował mnie zaś Jerzy Owsiak, gdy okazało się, że nie rozdaje uczestnikom Przystanku Woodstock darmowych narkotyków. Tak oto uzależnienie od nich przeszło mi (nomen omen) koło nosa z powodów finansowych. Nie każdy ma tyle szczęścia, co Miłosz, ale też nie każdy jest przyjacielem Jezusa. Ja np. do dzisiaj jestem z nim na pan, choć nie za pan brat. Być może dla swojaków załatwia zniżki. Nie mam nawet bierzmowania, a to ponoć jest przypieczętowanie przyjaźni z Jezusem.

Nad prawdziwością i szkodliwością tej dość szeroko kolportowanej w internecie zmyślonej historyjki nie ma się co rozwodzić. Hula ona od kilku lat po sieci, co jakiś czas odżywając za sprawą różnych antykonopnych apostołów. Dość powiedzieć, że nie istnieje żaden prof. Jan Głąbek ani jego instytut. Nie istnieje też Miłosz. Jezus od dawna nie żyje, z nikim się więc nie przyjaźni. Natchniony jednak tą misjonarską konfabulacją jąłem sprawdzać, czy konopie w kościelnej wyobraźni to również diabelskie nasienie. I co? Oczywiście, że tak.

Szatan jako postać, której w biblijnej mitologii przypisywana jest inteligencja (o Bogu nic w tej materii nie wiadomo), rozróżnia twarde i miękkie narkotyki. Pouczał zmarły w 2016 r. wieloletni oficjalny egzorcysta Watykanu ks. Gabriele Amorth: „Kiedy młody człowiek pali marihuanę, demon może założyć, że w przyszłości będzie stosował cięższe narkotyki. Słowem, na podstawie tego, co czytamy, oglądamy, mówimy i czego doświadczamy, obserwując towarzystwo, w jakim się obracamy, a nawet nasze spojrzenia – na podstawie tego wszystkiego demon może się domyślać, w którą stronę kieruje się nasze życie lub jego określona chwila, i kusić nas w tym kierunku”.

Podobna nauka wypływa z lektury tekstu „Marihuana otwiera na władzę demonów” z „Gościa Niedzielnego”. Narratorka kolejnego antynarkotykowego „świadectwa”, równie niekonkretna jak Miłosz, opowiada: „Wiedziałam, że robię coś złego, paląc marihuanę, ponieważ moja mama błagała mnie, abym tego nie robiła. Nie obchodziło mnie to, dalej paliłam i rozmawiałam z duchami zmarłych. Wystarczyło mi wziąć jeden »buszek« marihuany, aby znaleźć się w zupełnie innym świecie, świadomości o innej częstotliwości, ciężkiej do wyobrażenia sobie osobie, która nigdy nie paliła marihuany. W stanie tej świadomości porozumiewanie się jest dokonywane poprzez myśli, telepatycznie. Kiedy paliłam, czułam czyjąś obecność w pokoju”. Demony stawały się coraz bardziej namolne i głośne, aż doprowadziły dziewczę na skraj obłędu. Pomógł Jezus. Na szczęście dla niej wszystko dobrze się skończyło. „Wierzę, że Bóg pozwolił mi doświadczyć ataku demonów, żeby otworzyć mi oczy i ostrzec innych. Inaczej wciąż paliłabym marihuanę i praktykowała okultyzm” – konkluduje niedoszła gandziosatanistka.

To powyżej to ponure, wdychające jedynie gryzący dym kadzidła oblicze chrześcijaństwa. Tymczasem prawda może być o wiele ciekawsza i bardziej optymistyczna dla entuzjastów palenia trawy (nie chodzi tu o rolników, podpalających całe pola, żeby użyźnić glebę – to jest be i nieekologiczne). Zajmujący się od lat – zawodowo i dla przyjemności – marihuaną dziennikarz David Bienenstock ma swoją teorię, która łączy Jezusa i gandzię w jednym. Nie twierdzi on wprawdzie, że Chrystus lubił przysmażyć blanta, jest jednak przekonany, że wyciąg z konopi był jednym z kluczowych składników oleju, dzięki któremu król Polski uzdrawiał nieszczęśników. Gdy zaś rozesłał swoich uczniów w świat, ci również używali konopnej mazi, aby ratować chorych, co odnotował w szóstym rozdziale swej ewangelii św. Marek: „Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali”. Co do składu ozdrowieńczego oleju Nowy Testament milczy, Bienenstock sięga jednak wstecz, do Starego. W Księdze Wyjścia Jahwe poucza Mojżesza: „Weź sobie najlepsze wonności: pięćset syklów obficie płynącej mirry, połowę tego, to jest dwieście pięćdziesiąt syklów wonnego cynamonu i tyleż, to jest dwieście pięćdziesiąt syklów wonnej trzciny, wreszcie pięćset syklów kasji, według wagi przybytku, oraz jeden hin oliwy z oliwek. I uczynisz z tego święty olej do namaszczania”. W tak przygotowanej według boskiej receptury maści miałoby się znaleźć około czterech kilogramów konopi. Bo właśnie ta „wonna trzcina” to w biblijnym hebrajskim „kaneh bosem”. Dla Bienenstocka oczywiste jest skojarzenie z cannabisem, czyli konopiami. Tym właśnie starotestamentowym olejem miał się posługiwać Jezus jako wyczekiwany i ogłoszony przez proroków mesjasz.

Dziennikarz – powołując się na innego badacza Chrisa Bennetta – twierdzi, że przy tłumaczeniu na grecki nastąpiła pomyłka i nie o żadną trzcinę chodzi, lecz o cannabis właśnie. Co mogłoby tłumaczyć, dlaczego Jezus tak chętnie rwał się do leczenia epileptyków – sugeruje Amerykanin.

Jeśli dodać do tego, że marihuana w slangu nazywana bywa „marią”, to chyba nie ma już wątpliwości, że Jezus był konopną latoroślą.

Ileż więc bardziej w ewangelicznym duchu niż Przyjaciele Jezusa postępują Siostry z Doliny (Sisters of the Valley)– amerykańskie zakonnice hodujące marihuanę w celach leczniczych. Mniszki nie mają oficjalnego błogosławieństwa Kościoła katolickiego ani żadnego innego, postępują jednak tak jak Chrystus – uzdrawiają chorych. I – jeśli brać poważnie teorię Bienenstocka – korzystają również z jego metod. Tak po prawdzie to kobitki po prostu robią niezły biznes, dorabiając do tego mistyczną otoczkę, ale czyż nie na tym polega religia? Żyjące w hrabstwie Merced w Kalifornii (w tym stanie nie można sprzedawać trawy na użytek rozrywkowy) niewiasty przerabiają konopie na kosmetyki, nalewki, maści i oleje – czyli tak jak Jahwe Mojżeszowi przykazał. Wszystko dla zdrowotności.

„Wybrałyśmy ten strój, bo ludzie potrafią łatwo go identyfikować. Nie ukrywamy tego, że nie jesteśmy katolickimi siostrami, tylko zakonem New Age. Chcemy działać w taki sam sposób jak nasze pradawne matki. Robimy nasze lekarstwa między nowiem a pełnią – w tym okresie pracujemy w habitach, skupiamy się na lekach i urządzamy ceremonie modlitewne. Po pełni rozpoczynamy dwutygodniowy okres odpoczynku. Wtedy możemy się bardziej wyluzować, częściej wychodzimy z naszego domu bez habitów” – opowiadała portalowi „Vice” siostra Kate, członkini konopnego zakonu.

A ze zmyślonych historyjek z pogranicza jarania trawy i religii bardziej od katolickich smętów przywołanych na początku podoba nam się ta: Jezus zszedł na ziemię, żeby zobaczyć, co u nas. Trafił ma hippisów, od których niewiele różnił się wyglądem. Nie było trudno zagadać, od razu go zaakceptowali.

– Wiecie, kim jestem? – zapytał.

– Stary, spokojnie, wyluzuj, odpręż się, masz tu blanta i ściągnij sobie bucha.

Zbawiciel się poczęstował, złapał bucha, i próbuje dalej: – Dobra, wiecie kim jestem? Jestem…

– Gościu, nie sraj żarem! Wyluzuj. Zapal jeszcze.

Ponownie nie odmówił, rozluźnienie rzeczywiście przyszło. Rozbawiany pyta po raz trzeci: – No to wiecie, kim ja jestem czy nie?

– Nie wiemy, nawijaj.

– Ja jestem Jezus!

– I o to chodzi, stary, o to chodzi!