Za ryj – NIE

Inicjatywa Solidarnej Polski wsparta z ogniem przez towarzyszy broni z PiS – ta o pozbawieniu obywateli prawa do odmowy przyjęcia mandatu – jest tak kuriozalna, że musi się w tym kryć jakieś drugie dno.

 

Drugie; pod wybiciem ludowi z głowy protestowania przeciw władzy – co jest oczywiście dnem pierwszym.

Różnicę poziomów między zwolennikami i przeciwnikami projektu najlepiej ilustruje polemika prof. Łętowskiej, która komentuje inicjatywę ziobrystów dla OKO.press, z anonimowym autorem facebookowej strony „Psy dają głos”, który dyskusję nazywa „gównoburzą” (światowo, bo po angielsku) i z finezyjną ironią proponuje, żeby w ogóle zlikwidować mandaty. Rodzi się pytanie: jak można w ogóle mieć wątpliwość, czy lepiej być po stronie „psa” czy prof. Łętowskiej?

Okazuje się, że owszem, można.

***

To, co Timothy Synder – a w ślad za nim z entuzjazmem Marek Migalski – nazywa „sadopopulizmem”, to taka polityka, w której władza poprawia samopoczucie swoich wyborców nie poprzez poprawienie ich sytuacji, perspektyw, możliwości, tylko poprzez danie im przyjemnego poczucia, że inni mają bardziej przejebane.

Snyder stworzył ten termin na potrzeby Ameryki Trumpa – i tam jest on niezwykle trafny. Hasło „Uczyńmy Amerykę znowu wielką” („MAGA”) odwołuje się w domyślny sposób do lat 40., 50., 60. czy 70. XX w. – czasów, w których jakość życia i perspektywy białych pracujących Amerykanów, stanowiących podstawę elektoratu Trumpa, były po prostu lepsze. Jednocześnie jednak program Trumpa nie zawierał propozycji, które by do tamtej „lepszości” nawiązywały. Snyder wymienia mniejsze nierówności społeczne, silną rolę związków zawodowych, lepszą jakość publicznej edukacji. Jeśli zatem Trump naprawdę chciałby uczynić Amerykę „znowu wielką” dla swojej bazy, czyli białej klasy robotniczej, powinien był zaproponować rozwiązania w sprawie redystrybucji, praw pracowniczych, oświaty. Ale tego nie robił – bo przecież nie o to chodziło. Wręcz przeciwnie: zagwarantował kolejne potężne cięcia podatkowe dla milionerów.

Jednak innym sposobem, w jakim czasy powojenne zapisały się w pamięci dzisiejszych trumpistów jako lepsze – było to, że białym ludziom pracy było wyraźnie lepiej niż Czarnym, Latynosom, muzułmanom, imigrantom, gejom etc. Ten zdrowy, biały, heteroseksualny, chrześcijański trzpień narodu by szczęśliwszy.

***

Gwoli ścisłości – co zaznaczam jako symetrystka – w Polsce sytuacja jest nieco inna. Po pierwsze w zbiorowej pamięci pisowskiego elektoratu komuna nie funkcjonuje jako czas, gdy było im generalnie lepiej – choć oczywiście są i tacy, co pamiętają, że mieli pracę, przydział na mieszkanie, wczasy w Funduszu Wczasów Pracowniczych i talon na malucha. A po drugie – i ważniejsze – w pierwszych latach swoich rządów Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście zrobiło coś, żeby jego wyborcom było lepiej: poprzez „500 plus”, 13. i 14. emeryturę, podniesienie płacy minimalnej, a szczególnie wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej dla pracowników na śmieciówkach. To były ważne i potrzebne ruchy – i możemy się tylko wstydzić, że nie zostały wykonane przez lewicę przez 8 lat jej rządów.

Ale ten worek jest już pusty. Nie będzie nowych transferów socjalnych, nie da się wyegzekwować od przedsiębiorców lepszego opłacania pracowników, bo większość z nich ledwie dyszy po prawie roku pandemicznych ograniczeń.

***

Co wobec tego można zrobić?

Pobić pedała, rozbestwioną wielkomiejską smarkaterię, gówniary z kolorowymi włosami i tęczowymi torbami; tych wszystkim, którym z żeru się w dupach przewraca, chcą mordować dzieci poczęte i do tego nie wierzą w Boga. I ten konstrukt – wzięcia gnojów za ryj metodą mandatów – dokładnie temu służy.

Polacy nie są zbyt przywiązani do codziennego przestrzegania przepisów (znacie kogoś, kto jeździ 50 km/h po Warszawie?), ale ostatnio coraz więcej z nas odkrywa w sobie duszę donosiciela, tłumacząc się we własnych oczach ochroną prawa i porządku. Wystarczy spojrzeć, ile osób nagrywa współużytkowników drogi i wysyła filmiki na policję i do telewizji.

Solidarna Polska wie, co robi – jej rozmiłowani w „prawie i porządku” zwolennicy są szczególnie skłonni popierać każącą rękę, a także bijące serce partii. Trzasnąć gówniarzy po kieszeni i odechce im się rewolucji.

Nie sposób przecenić niebezpieczeństwa płynącego z tych zmian – gdyby miały zostać przyjęte.

***

5 lat temu rządząca Hiszpanią postfrankistowska prawica przy wielkim krzyku lewicowej opozycji i międzynarodowych organizacji praw człowieka przyjęła „podstawowe prawo o ochronie bezpieczeństwa obywateli”, zwane powszechnie „Prawem knebla” („Ley mordaza”). Pozwala ona policjantom nakładać absurdalnie wysokie mandaty na obywateli, którzy wchodzą im w drogę – na tej zasadzie, którą chce wprowadzić PiS: najpierw musisz przyjąć mandat, a potem możesz się odwoływać.

Poza organizowaniem nielegalnych zgromadzeń przed instytucjami publicznymi (do 600 tys. euro), zakłócaniem uroczystości państwowych i religijnych czy blokowaniem powszechnych w bankrutującym społeczeństwie eksmisji (do 300 tys.), zakazano np. nawoływania do protestu na portalach społecznościowych. Mandatem karany jest ponadto „brak szacunku i rozwagi przy zwracaniu się do członka sił bezpieczeństwa podczas wykonywania przez niego jego obowiązków w zakresie ochrony bezpieczeństwa”, a także robienie i publikowanie zdjęć policjantów, nawet gdy łamią prawo (ten ostatni przepis został ograniczony przez hiszpański Sąd Konstytucyjny dopiero w zeszłym roku). No i nie należy zapominać o karach za obrażanie króla i Kościoła katolickiego. Lewicowa koalicja obiecywała, że zniesienie tej brutalnie niedemokratycznej ustawy jest jednym z jej najważniejszych celów.

 

Całość na łamach