Ziobro, syn Gomułki – NIE

Wypowiedzenie konwencji stambulskiej cofa nas do czasów PRL.

W dyskusji na temat wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej Lewica wykazuje hipokryzję nie mniejszą niż Solidarna Polska. Opowieści ziobrystów o ich trosce o kobiety i rodzinę są równie nieszczere jak wykrzykniki Czarzastego o tym, że każdy, kto chce wypowiedzieć konwencję, „jest za gwałtem i biciem”. Jedno i drugie z daleka omija istotę problemu.

A tkwi ona w ostatnich sześciu słowach art. 12 konwencji: „Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn”. W tefałenie wprost wskazał na te słowa – jako na istotę problemu – Ziobrowy poseł PiS Jan Kanthak. Dyskutująca z nim Gabriela Morawska-Stanecka z Lewicy wiła się jak larwa ochotki w nieczyszczonym basenie, żeby nie odnieść się do tego zdania.

Jednak ktoś to musi powiedzieć, pozwólcie więc, że się zgłoszę na ochotnika: tak, jesteśmy za tym, żeby wykorzeniać stereotypowy model roli kobiet i mężczyzn. Tak, uważamy – jako Lewica – że

w XXI w. w europejskim kraju nie można zaakceptować sytuacji, w której władza mówi obywatelkom, że pozostawanie w domu z dziećmi jest wyborem lepszym albo chociaż równie dobrym jak kariera zawodowa.

Bo po prostu tak nie jest. Bo można od tego ześwirować, bo można mieć i dzieci, i karierę, bo praca zawodowa jest tym, co nadaje sens życiu człowieka. Bo obwieszczenia różnych celebrytek o tym, że „największym osiągnięciem mojego życia jest moje dziecko” są zwykłym pierdoleniem: każdy debil (a dokładnie każda debilka) potrafi urodzić dziecko, sam więc fakt posiadania progenitury to jeszcze żaden powód do dumy. Powodem do dumy może być wychowanie ich na myślących, niezależnych ludzi – ale temu zdecydowanie sprzyja posiadanie myślących, niezależnych matek. Siedzenie w domu z bachorami odmóżdża, a kobieta zamknięta między kuchnią i kołyską, pozostająca na utrzymaniu ojca swoich dzieci, jest od niego zależna. Tymczasem życie – wbrew naukom świętego Jana Pawła II – nie gwarantuje wiecznej miłości nawet w sakramentalnym związku. To, co zaczyna się jak najpiękniejsza rodzina, często kończy się piekłem, w którym niepracująca kobieta zawsze jest na przegranej pozycji.

 

Święć się dziecko twoje

Oczywiście układ sił w związku zależy od dziesiątków czynników osobowościowych, emocjonalnych i mentalnych; ale zależy także od układu organizacyjnego, a on stanowi, że ten, kto ma kasę, ma też władzę. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzą dzieci, które ponoć (bo nie wiem tego z empirii) wywołują daleko idące uzależnienie emocjonalne, które sprawia, że kobiety nie są w stanie odejść, nawet jeśli intelektualnie wiedzą, że powinny, albowiem nawet jeśli byłyby gotowe narazić siebie na głód i brak dachu nad głową, nigdy nie zrobią tego dzieciom.

To wszystko są powody, dla których – nawet jeśli upieramy się przy rozrodzie (czego osobiście nie rozumiem) – trzeba mówić otwarcie: bycie matką, żoną i gospodynią domową jest wyborem gorszym niż bycie matką, partnerką i człowiekiem pracującym.

Oczywiście państwo nie może – i nie powinno – zakazać żadnej kobiecie wyboru tej pierwszej drogi, podobnie jak nie może jej zakazać otyłości lub picia (choć w tej ostatniej sprawie są podejmowane starania – pisowski rzecznik praw dziecka chce karać kobiety za picie w ciąży, co jest kolejnym kamieniem milowym na rzecz pozbawienia ciężarnych statusu jednostki ludzkiej na rzecz żywego inkubatora). Jednak obowiązkiem państwa – i to właśnie mówi konwencja antyprzemocowa – jest edukacja obywateli (i obywatelek) oraz budowanie pozytywnych postaw. A pozytywną postawą jest aktywność zawodowa rozumiana jako uczestnictwo w procesie produkcji społecznej poprzez wykonywanie pracy przynoszącej dochód. I – jeśli chodzi generalnie o społeczeństwo – nikt tego nie musi uzasadniać, bo jest to oczywiste. Zatem dlaczego przestaje być oczywiste w odniesieniu do kobiet posiadających dzieci?

 

Całość na łamach