Żona patroszona – NIE

Zbrodnia stulecia! Bestia z Poznania gorsza niż wampir z Zagłębia.

 

Z zeznań świadka: „Pies Miki szczekał inaczej niż zwykle. Nie że pora na poranną kupę, ale że jakieś niebezpieczeństwo, zwierzęta są wrażliwsze od ludzi, wyczuwają takie rzeczy. Potem był wybuch i budynek się zawalił”.

Dzień po wybuchu Miki, mieszaniec w typie yorka, szczeka spod gruzów poznańskiej kamienicy. Strażacy wydobywają psiaka. Jest poparzony, połamany i przerażony. Nikt jeszcze nie wie, że na oczach Mikiego Tomasz J. zabił żonę, przez całą noc bezcześcił jej zwłoki, a rano chałupę wysadził w powietrze.

 

Wypadek

Sylwester. Tomasz ostatni dzień roku spędza z 13-letnim synem. „Mama chce się ze mną rozwieść, ale jutro to sobie wynagrodzimy, pojedziemy na wielkie boisko” – mówi ze łzami w oczach. W Nowy Rok zasiada za kółkiem peugeota. Chłopiec na przednim siedzeniu. W Plewiskach pod Poznaniem pędzące ponad 100 km/h auto uderza w drzewo. Kierowca z wypadku wychodzi niemal bez szwanku, pasażer w ciężkim stanie trafia do szpitala. Prokuratura wszczyna śledztwo. Przesłuchuje żonę Tomasza. Elwira J. zeznaje, że wniosła pozew rozwodowy i z mężem jest w separacji. Wyjaśnia, że ma nowego partnera, ale małżonek nie chce się pogodzić z rozstaniem i grozi, iż zabierze jej wszystko, co dla niej ważne. A najważniejszy jest syn, jest więc pewna, że to nie był wypadek, tylko próba zabójstwa.

Prokuratura do zeznań podchodzi ostrożnie i nadal prowadzi rutynowe śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania wypadku.

Biegli stwierdzają, że „na drodze i poboczu nie wystąpiły jakiekolwiek ślady działań obronnych kierowcy, w tym ślady hamowania, choć miał wystarczająco dużo czasu, by takie działania podjąć”.

Prokuratura nie wnioskuje o przymknięcie Tomasza J. w areszcie. Wraca on do Anglii, gdzie pracuje jako operator wózka widłowego. Po dwóch miesiącach przylatuje do Poznania. Z lotniska odbiera go ojciec.

 

Przybycie

Tomasz chce jechać do Elwiry, ale jest grubo po dziesiątej wieczorem, ojciec spodziewa się więc awantury, przed którą się wzbrania. Syn przysięga, że awantur nie będzie, chwilkę z żoną pogada i wróci, ojciec ostatecznie więc zgadza się na podwózkę. Czeka w samochodzie przed kamienicą.

Po kwadransie dzwoni Tomasz: „Jedź, ojciec, do domu, bo rozmowa się trochę przeciąga, wezmę taryfę i zaraz będę”. Ojciec odjeżdża. Kładzie się spać.

Rano żona: „Zenek, jakiś budynek w Poznaniu wyleciał w powietrze”.

Zenon je śniadanie, z Tomaszem katastrofy nie łączy, bo sądzi, że syn pogodził się z Elwirą i został na noc. Z młodymi różnie bywa.

 

Bum

Co się stało w mieszkaniu nr 5 po przybyciu Tomasza J.? Sąsiedzi nie słyszeli odgłosów awantury. Rano usłyszeli tylko inne niż zwykle szczekanie psa, a potem huk.

Witraże wypadły z ram w pobliskim kościele św. Trójcy.

Elwira godzinę przed wybuchem miała polecieć do nowego partnera, tak jak Tomasz pracującego w Anglii. 2 dni wcześniej syna zawiozła do siostry, znajomą poprosiła, żeby wyprowadzała Mikiego na spacery, dała jej klucze.

Żeby pies nie cierpiał, znajoma jest pod drzwiami o 7.40. Nie może otworzyć drzwi. Dzwoni po męża. Razem próbują się uporać z opornym zamkiem. Po dziesięciu minutach mówi: „Zaciął się, chyba ślusarza trzeba wezwać”. To jej ostatnie słowa – sekundę później kobietę zmiata potężna fala ognia i powietrza. Ginie na miejscu. Mąż cudem uchodzi z życiem.

Pół kamienicy zamienia się w kupę gruzu.

Lokatorzy, którzy nie ucierpieli, zaczynają liczyć: sąsiad z drugiego nie żyje, z trzeciego też nie żyją, no i ta, co psa przyszła wyprowadzić, ale Elwirka poleciała do Anglii, ma szczęście.

 

Rany

Wkrótce znaleziono zwłoki Elwiry J. Zakład Medycyny Sądowej: „4 osoby zmarły w następstwie obrażeń, których źródłem były urazy powstałe w wyniku katastrofy budowlanej, a w szczególności zawalenia się budynku, kontaktu ciała z twardymi elementami jego konstrukcji oraz upadku ze znacznej wysokości. W przypadku Elwiry J. zgon nastąpił wskutek licznych ran kłutych i penetrujących do dużych naczyń tętniczych i serca”.

Patolodzy odnotowali, że zwłoki Elwiry były pozbawione piersi i głowy, zaś głowa była pozbawiona oczu, uszu i nosa. I że na oskalpowanej i odciętej głowie rany układają się w wyraźny napis „ZKA”. Ponadto stwierdzili „rozcięcie krocza, wycięcie spojenia łonowego oraz narządów płciowych”.

„Wszystkie amputacje poza wycięciem prawej gałki ocznej mają charakter pośmiertny” – konstatują.

Nowy partner Elwiry przylatuje do Polski. Zeznaje, że Tomasz J. jest chorobliwie zazdrosny i wielokrotnie groził małżonce śmiercią. Prezentuje treść korespondencji między Elwirą a mężem. Wynika z niej, że Tomasz J. za pomocą gróźb chciał skłonić żonę, by z nim została.

„Musiałabym sobie łeb odrąbać i przyszyć nowy” – odpisuje Elwira.

Staje się jasne, że Elwira J. nie padła ofiarą katastrofy budowlanej.

Nitki prowadzą do bestii.

 

Gaz

W wyniku wybuchu ranne są 22 osoby, w tym dwie ciężko. O to, by poszkodowani powrócili do zdrowia, modlą się księża i premier Mateusz Morawiecki. Tomasz J. ma poparzenia dróg oddechowych i połowy powierzchni ciała. Lekarze określają jego stan jako krytyczny. Jest nieprzytomny, gdy policjanci spod paznokci pobierają materiał do badań genetycznych. Rezultat: wykryto DNA Elwiry.

Eksperci od pożarnictwa ustalają, że „uwolnienie gazu nastąpiło wskutek odkręcenia śrubunku rury doprowadzającej metan do kuchenki, co wywołało trwającą 10 minut emisję, skutkiem czego stężenie gazu wyniosło 8,6 proc., czyli osiągnęło wartość pomiędzy górną i dolną granicą wybuchowości”. Gaz ulatniał się więc wystarczająco długo, aby iskra spowodowała wybuch, ale też nie tak długo, aby metan utracił swe detonacyjne właściwości (traci je jeśli stężenie przekracza 15 proc.). Badania wykazują, że inicjacji wybuchu dokonano w mieszkaniu nr 5. Na wykręconej rurze znaleziono ślady Tomasza J.

Staje się jasne, że wybuch i cała reszta to jego robota.

 

Ślady

Prokurator formułuje zarzuty, ale nie może ich ogłosić ze względu na stan podejrzanego. Modły premiera i kapłanów przynoszą skutek – wkrótce Tomasz J. zaczyna sensownie odpowiadać na pytanie, jak się nazywa i wraca do zdrowia.

Prokuratura Okręgowa w Poznaniu oskarża ozdrowieńca, że zadając co najmniej 11 ciosów ostrym narzędziem, zabił Elwirę J., a następnie zbezcześcił jej zwłoki, „po czym w celu zatarcia śladów dokonał zabójstwa 4 osób i usiłował dokonać zabójstwa 34 innych osób w ten sposób, że poprzez uwolnienie gazu ziemnego z instalacji doprowadził do wybuchu mieszaniny gazowo-powietrznej, czym spowodował zawalenie budynku”. Do tego dorzuciła rozmyślne spowodowanie wypadku drogowego z zamiarem zabicia syna.

Pod względem rozmiaru zbrodni i bestialstwa Tomasz J., z zawodu mechanik samochodowy, niewielu ma sobie równych w powojennej historii Polski i nawet sławny wampir z Zagłębia mógłby przed nim przyklęknąć.

 

Poczytalność

Śledczy nabrali uzasadnionych obaw co do poczytalności Tomasza J., bo trudno przyjąć, że zdrowy na umyśle człowiek zabija żonę, spędza z ciałem noc, pastwiąc się nad nim, a rankiem wysadza w powietrze kamienicę. Zarządzono badanie. Po czterech tygodniach psychiatrzy orzekli, że nie cierpi na chorobę psychiczną, upośledzenie umysłowe ani z powodu uszkodzenia centralnego układu nerwowego. Co najważniejsze, dochodzą do wniosku, że w chwili popełniania zarzucanych mu czynów wiedział, co robi i nie miał zniesionej lub choć ograniczonej zdolności kierowania swoim postępowaniem.

Staje się jasne, że zapłaci za wszystko.

Wyrżniętego nożem na oskalpowanej głowie Elwiry J. skrótu „ZKA” nie rozszyfrowano do dziś, przypuszcza się, że napis miał brzmieć „za karę”, ale oprawcy zabrakło miejsca. Od Tomasza J. raczej się nie dowiemy, co miał na myśli, bo od zarania wygłasza formułkę: „Nie przyznaję się do winy”, po czym milczy jak grób.

Proces ruszył w połowie listopada. Przed sądem przemówił, ale tylko po to, żeby złożyć rezygnację z udziału we wszystkich kolejnych rozprawach.

Grozi mu dożywocie.

Pies Miki dokonał żywota 2 dni po wydobyciu z gruzowiska.

 

PS Niektóre imiona i inicjały zostały zmienione.