Demencja nie wystarcza – NIE

Ratzinger wiedział, ale zapomniał.

 

Dogmat o nieomylności papieża ogłoszono w 1870 r. na pierwszym soborze watykańskim. Dotyczy on tzw. wypowiedzi ex cathedra, czyli gdy papież „sprawując urząd pasterza i nauczyciela wszystkich wiernych, swą najwyższą apostolską władzą określa zobowiązującą cały Kościół naukę w sprawach wiary i moralności”. Znawcy Kościoła mają problem ze stwierdzeniem, które wypowiedzi papieskie są nieomylne. W powszechnej świadomości katolików zakorzeniło się przeświadczenie, że cokolwiek powie papież, jest święte. Zdawało to egzamin w czasach, gdy tylko strzępki papieskiego nauczania docierały do prostego ludu, a pojęcie prywatnych wypowiedzi „następcy św. Piotra” nie istniało.

 

W międzyczasie Diabeł wymyślił media z internetem na czele, które pozwalają byle chłystkowi mówić i pisać, co chce. Powszechna dostępność do wiedzy i informacji, z których uczyniono dochodową gałąź przemysłu, woła krwi. Nie oszczędzono także Kościoła kat. i jego dostojników. Dawno zamiecione brudy uśmiechają się spod dywanu. Sprawcy bałaganu robią dobrą minę do złej gry, nerwowo wiosłując szczotką. Nie tak miało być, panowie, nie tak… Ofiary, ośmielone słabością podstarzałych drapieżników ze stępionymi kłami, nie boją się mówić. Odwieczna korporacyjna lojalność kruszy się pod naciskiem opinii publicznej i widmem tonącego okrętu, budzącego szczurze instynkty. Papieżom każą się tłumaczyć! A ci tłumaczą, wbrew dogmatowi, że przecież nie są nieomylni.

94 lata to nie jest najlepszy wiek na skandale, jeśli nie jest się Hughem Hefnerem. A tym bardziej gdy się w pewnych kręgach uchodzi za autorytet moralny oraz teologiczny. Gdy jest się byłym papieżem. Większość byłych papieży nie ma możliwości myślenia i mówienia, bo wraz z końcem pontyfikatu nie żyje. Przełamał tę tradycję Joseph Alois Ratzinger, znany także jako Benedykt XVI, który już dłużej nie jest papieżem, niż nim był: 9-letnia emerytura przebiła 8-letni pontyfikat. Jest najdłużej żyjącym wykonawcą tego zawodu w historii chrześcijaństwa.

Mrugająca na widnokresie setka składnia sędziwego Niemca ku myślom raczej ostatecznym; przyziemność traktuje z przymrużeniem oka. Spokojnie czeka na śmierć, otoczony pięknymi widokami Ogrodów Watykańskich, w nadziei że w czasie dziewięciu lat bezczynności zdołał odpokutować chociaż część dawnych win i zasłużył przynajmniej na czyściec. Liczy na spotkanie z kolegami w niedalekiej przyszłości. W zeszłym roku, po śmierci swego przyjaciela, cystersa Gerharda Winklera, pisał: „Spośród wszystkich kolegów i przyjaciół był mi najbliższy. Jego pogoda ducha i głęboka wiara zawsze mnie ujmowały. Teraz przybył w zaświaty, gdzie jestem pewien, że wielu przyjaciół już na niego czekało. Mam nadzieję, że wkrótce do nich dołączę”.

 

Z błogich rojeń o wypoczynku na chmurce i wiekuistym Oktoberfeście wyrwała Ratzingera kancelaria prawna Westpfahl Spilker Wastl. Szwabskie papugi bez grama czci dla świątobliwego emeryta twierdzą, że ten w latach zamierzchłych dowiedział się o wykorzystywaniu seksualnym w podległej sobie diecezji i nie kiwnął obleczonym w kardynalski pierścień palcem.

Niemiecki Kościół rzymskokatolicki, podobnie jak wiele Kościołów narodowych, mierzy się z kryzysem wywołanym m.in. nadużyciami seksualnymi kleru. Nie chodzi tylko o pedofilię, ale też wykorzystywanie autorytetu, charyzmy czy zależności do zaspokajania swoich żądz. W ostatnich dniach pojawił się kolejny raport, który ujawnia kolejne skandale z udziałem duchownych. Wynika z niego, że w latach 1945-2019 księża z Archidiecezji Monachijskiej wykorzystali 497 dzieci. Szefował tej archidiecezji w latach 77-82 niejaki Joseph Ratzinger, zanim znany skądinąd Wojtyła wezwał go do Watykanu, aby objął tam funkcję Wielkiego Inkwizytora, czyli prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Tam zaś zyskał przydomek „pancernego kardynała” z racji swego nieprzejednania i pryncypialności oraz nieprzejawiania właściwych ludziom odruchów.

 

Całość na łamach