Dialektyka Adama Michnika – NIE

W świątecznej „Gazecie Wyborczej” jej redaktor naczelny w przedziwnej rozmowie broni przed Dominiką Wielowieyską dykta-tu Kościoła katolickiego w polskim życiu publicznym.

 

Stosunek jednego z ojców „lewicy laickiej” do budowy państwa wyznaniowego w wolnej Polsce, o którą wszak walczył, zdaje się zawierać w zdaniu: klerykalizm tak, wypaczenia nie.

Nadmierna chciwość w sięganiu po majątek, pedofilia i jej krycie, rydzykizm, chodzenie do łóżka z naziolami – to może rzeczywiście były wypaczenia. Ale przecież tak „bardzo wiele zawdzięczamy ludziom Kościoła”.

A co w zasadzie? Nie zgadniecie: walkę z komuną.

 

Tu wielki autorytet laickiej lewicy wdaje się w rozliczne dywagacje na temat zasług papizmu w Polsce Ludowej – i, szczerze mówiąc, od intelektu formatu Michnika spodziewałabym się czegoś więcej. Jego ogląd relacji państwo-Kościół w PRL jest żywcem wyjęty z broszurki Instytutu Pamięci Narodowej: „W walce z dyktaturą komunistyczną i w obliczu gwałcenia godności i praw człowieka siłą rzeczy Kościół był naszym sojusznikiem”; „w stalinowskich latach Kościół był jedynym miejscem, gdzie mowa nie była sprostytuowana”; „Kościół był główną legalną instytucją w oporze przeciwko komunizmowi”; Wyszyński, choć „nieufny”, „przyzwalał na głodówki w kościołach”. Całą PRL Michnik przedstawia jako „czasy prześladowań Kościoła”: „komuniści przez kilkadziesiąt lat usiłowali zewsząd wygumkować Boga”; wprawdzie „z ust hierarchów słyszeliśmy często opinie zaskakujące, ale zagrożeniem dla narodu był nie Kościół, tylko komunistyczna dyktatura, która próbowała Kościół neutralizować”, toteż „pozycja Kościoła jest efektem odreagowania czasów komunizmu”.

To jeden z tych wyjątkowo głupich i szkodliwych mitów. Rzeczywiste prześladowanie Kościoła skończyło się wraz z końcem stalinizmu. Potem była już tylko sztama – z humorystycznym wyjątkiem aresztowania przez Gomułkę kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, na co Wyszyński odpowiedział pielgrzymką pustej ramy, co w dziwaczny sposób uczyniło go zwycięzcą moralnym.

Pomijając ten zabawny epizod: od 1957 r. Kościół katolicki chodził do łóżka z komuną bez szczególnego obrzydzenia. Był olbrzymim beneficjentem gomułkowskiej odwilży: wypuszczenie Wyszyńskiego, rezygnacja władz z narzucania kandydatów na biskupów i anulowanie przez Biuro Polityczne KC PZPR dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych, podpisane w grudniu „małe porozumienie”, wzorowane na konkordacie z 1935 r. – a w zamian poparcie prymasa dla wyborów. A już lata 70. i 80. były czasem pełnej harmonii między komunistycznym tronem i ołtarzem, naznaczonym daleko idącą wzajemną spolegliwością. Np. w 1970 r., jeszcze za czasów Gomułki, episkopat na życzenie władz zrezygnował z odczytania w kościołach listu z okazji 50. rocznicy wojno polsko-bolszewickiej, po czym Wyszyński napisał do Gomułki „całkowicie prywatny” list, w którym przekonywał „Szanownego Pana Pierwszego Sekretarza PZPR” do wzięcia narodu na ryj w kwestii aborcji i antykoncepcji: „Społeczeństwo oczekuje odważnego głosu: Pana jako kierownika polityki PZPR, całej Partii i Rządu. Społeczeństwu nie we wszystkim można dogadzać, bardzo często trzeba wymagać ofiar”. W końcówce listu Wyszyński tłumaczył Gomułce, że Kościół nie walczy z ustrojem: „»Działalność polityczna« miałaby, w moim rozumieniu, miejsce wtedy, gdyby Episkopat dążył do zmiany ustroju i w tym celu organizował jakąś akcję. Episkopat takiej akcji nie prowadzi”.

Za czasów Gierka między władzą i Kościołem zapanowała pełna harmonia. W znakomitej „Polsce Ludowej” prof. Andrzej Werblan cytuje opowieść wybitnego peerelowskiego działacza katolickiego Andrzeja Micewskiego, któremu Wyszyński w 1975 r. wyznał, że „po raz pierwszy w życiu jest spokojny jeśli idzie o stosunki państwa z Kościołem”. 3 lata później w RFN Prymas Tysiąclecia skarcił niemiecką Polonię za śpiewanie „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”: „Choć nie wszystko nam się w tej ojczyźnie podoba, ale jest to nasza ojczyzna”. Wyszyński także – pisze o tym we wspomnieniach Stanisław Stomma – nie życzył sobie pryncypialnego protestu koła Znak przeciw wpisaniu do konstytucji sojuszu z ZSRR w 1976 r.; dlatego tylko jeden Stomma wstrzymał się wówczas w głosowaniu.

 

W zamian władza hojnie rozdawała pozwolenia na budowę kościołów, nie wnikając zbytnio w źródła finansowania – zaś episkopat z Prymasem Tysiąclecia na czele pilnował, żeby bogobojny proletariat nadmiernie nie podskakiwał władzy. W sierpniu 1980 r. wystąpienia ludzi Kościoła – począwszy od Wyszyńskiego, skończywszy na Jankowskim – konsekwentnie wzywały roboli do powrotu do roboty. W czasach stanu wojennego Kościół w niezakłócany przez władze sposób budował swój status jako ostatnia ostoja schronienia dla prześladowanych i pomocy dla potrzebujących, a dziesiątki jego funkcjonariuszy bogaciły się radośnie przy okazji dystrybucji darów z zagranicy. Kościół żądał – i otrzymał – listy internowanych, miał swobodny dostęp do internatów, a arcybiskup Dąbrowski bez skrępowania korzystał z gorącej linii z generałem Kiszczakiem, który z zasady nie odmawiał jego prośbom. W zamian episkopat bardzo starał się pomóc władzy w problemach, proponując m.in. jedenastu najważniejszym internowanym opozycjonistom, żeby podpisali lojalkę z deklaracją, iż przez 2,5 roku powstrzymają się od „publicznej działalności społecznej lub politycznej” i złożyli ją na ręce prymasa Glempa – co, jak wspominał Karol Modzelewski, Jan Rulewski określił trafnie mianem „sojuszu pałki i pastorału”.

Sojusz okazał się taktyczny. Gdy pałka odeszła do historii, pastorał rozkwitł. Na najróżniejsze, niekoniecznie demokratyczne sposoby.

Pytany o pokątne wprowadzenie religii do szkół, Michnik odpowiada iż „tej obecności Kościoła w życiu publicznym Polacy po prostu chcieli. Nawet jeśli pojawiły się wątpliwości, nie mieliśmy takiej mocy, żeby zrobić coś przeciwko ogromnej części społeczeństwa”. Można by to kupić, gdyby nie to, że cały system przemiany PRL w III RP opierał się na tym, że kilku facetów podejmowało decyzje „przeciwko ogromnej części społeczeństwa”, która nie chciała likwidacji wielkiego przemysłu, prywatyzacji za złotówkę, masowego bezrobocia czy upadku pegeerów – a Michnik i jego gazeta firmowali te przemiany, przekonując, że każdy, kto ich nie popiera, nie dorósł do wolności. Kompletne lekceważenie dla społecznych oczekiwań i kosztów było znakiem firmowym tego czasu.

 

Zgoda: można zrozumieć, że tej popadającej w nędzę, wyrzucanej na bruk, przeważnie bardzo religijnej klasie robotniczej, która wywalczyła wolność sobie na pohybel, trzeba było czymś zamydlić oczy i temu właśnie służył przyklęk władzy przed episkopatem po 1989 r. Ale od Michnika oczekiwałabym odwagi nazwania tego układu po imieniu.

 

Całość na łamach