Jaki kraj, takie Weinsteiny – NIE

Jak polski świat aktorski za wszelką cenę usiłuje doścignąć Hollywood.

 

Dawno, dawno temu producent filmowy Harvey Weinstein spotykał się i gwałcił jedną panią aktorkę. Dekady później przed amerykańskim sądem ta pani aktorka opowiadała, że jej dawny oprawca miał krosty na plecach, śmierdział jak gówno, brał zastrzyki na wywołanie erekcji, sikał na nią i dopytywał się: „Lubisz mojego dużego, grubego, żydowskiego kutasa?”. Co raczej nie było prawdą, bo – jak to ujęła zeznająca – „Weinstein nie ma jąder, a budowa jego organów płciowych sugeruje, że ma waginę”.

Inna pani aktorka epatowała światową opinię publiczną opowieścią, jak to przed laty w swoim apartamencie Weinstein nieoczekiwanie wsadził jej palce w cipkę przy ludziach, aby kilka tygodni później spotkać się z nią sam na sam i będąc w szlafroku od niechcenia rzucić: „Masz tu kontrakty na 3 filmy. Podpiszę je jeszcze dzisiaj, ale musisz uprawiać seks w trójkącie ze mną i moim asystentem”. Gdy odmówiła, odparł: „Nigdy nie będziesz częścią tego biznesu. Tak właśnie działa branża”.

 

W Polsce branża też działa, ale inaczej. Ale żeby jednak wykazać, że polski film i teatr w niczym nie ustępują najlepszym, we wrześniu 2019 roku Akademia Teatralna w Warszawie zorganizowała międzynarodową konferencję „Zmiana – teraz! O czym milczeliśmy w szkołach teatralnych”. Organizatorzy postawili tezę i usiłowali jej bronić, iż „teatr zmaga się z własną hierarchiczną strukturą, uwzględniając jej ekonomiczny, genderowy, klasowy czy etniczny wymiar. Szczególnym kontekstem tego procesu pozostaje teatralna odsłona ruchu #MeToo, która postawiła pytania o przemoc seksualną, także tę związaną z modelem mistrza – genialnego artysty, którego nieograniczona wolność traktowana była jako najwyższa wartość procesu twórczego”. Założenie było mocne – tylko okazało się, że nie ma przykładów niecnego zachowania polskich reżyserów, dyrektorów i producentów.

 

Ale zapotrzebowanie na polskiego Weinsteina było. Znalazł się niebawem.

Nazywał się Henryk Jacek Schoen i przez 20 lat był dyrektorem krakowskiego Teatru Bagatela.

Schoen przez cały ten czas miał molestować aktorki. Gdy nadszedł czas, zaczęły opowiadać, że usiłował wkładać im język do ust i uszu, obmacywać je i wypowiadać „niewybredne komentarze o podtekście seksualnym”. Schoen raz posunął się nawet do tego, że jedną z aktorek klepnął w pośladek i wyszeptał do ucha: „Bardzo chciałbym cię zobaczyć nad ranem, taką, jaka jesteś, bez niczego. Położyłbym się koło ciebie”.

Inna aktorka przypomniała sobie, jak podczas premiery myślała, „że dyrektor chce pocałować mnie w policzek, a on zaczął lizać mnie po szyi. Z czasem takich sytuacji było więcej. Całował mnie w usta, ja uciekałam, więc on oficjalnie wzywał mnie do gabinetu na służbową rozmowę, podczas której głaskał mnie po dłoni i rękach”.

Kolejna aktorka wspomniała, że dyrektor mówił, „co by ze mną robił, gdyby był moim chłopakiem. Mówił mi, że mam piękną skórę i chciałby ją pieścić. Jedna z koleżanek powiedziała mu, że to, co robi, jest karalne. Zdziwił się: »Komplementy są karalne?«”.

9 pań napisało list do właściciela teatru – prezydenta Krakowa. Nazajutrz Schoen poszedł na urlop, z którego nigdy już nie wrócił. Prokuratura oskarżyła go o „nakłanianie do poddania się czynności seksualnej oraz łamanie praw pracowniczych”. Aktorki, pytane, dlaczego tak długo pozwalały zadawać sobie cierpienie, odpowiadają, że ze strachu przed utratą pracy.

 

„Dyrektor zastosował wobec mnie rękoczyny, a potem zamknął mnie na kilka dni w swoim pokoju, żeby nikt się o tym nie dowiedział i nie zobaczył moich siniaków”. Metodą pracy opisywanego dyrektora była przemoc słowna i psychiczna, wyrażająca się tekstami w rodzaju: „Nie machaj tym cycem, idiotko”, „Zgól nogi”, „Umyj się””. Aktorki były zmuszane do sprzątania i prasowania dyrektorskich ubrań. Dyrektor prosił też o masaż pleców.

Wszystkich tych perwersji dopuścić się miał dyrektor słynnego Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice Włodzimierz Staniewski. Miał też składać propozycję seksu w gabinecie dramatopisarce Joannie Wichowskiej.

Ofiary opowiadały, że te praktyki takie trwały w Gardzienicach od dekad, chociaż żadna instytucja zarządzająca teatrem nie miała nawet śladu skargi. Podobnie jak policja i prokuratura. Poszkodowane napisały list do „Gazety Wyborczej”, a Staniewski poszedł w odstawkę.

 

Całość na łamach