Kaprys arcybiskupa – NIE

 

To nie masoneria w tajny sposób rządzi światem, ale myśliwi. Przynajmniej w Polsce. Poluje co szósty poseł.

To mogłaby być przyszłość polskiego rolnictwa: dziczyzna z naturalnych hodowli. Ale nad jeleniowatymi trzymają łapę myśliwi. Powołują się na prawa ludzkie: – Nie ruszaj, moje! A także boskie: – Nie hoduj, przecież dobry Bóg chce, aby sarny biegały po nieogrodzonym lesie!

 

Blisko do krowy

Bruksela woli hodowle naturalne. Nie ma sztucznych hormonów, antybiotyków, pestycydów. Zwierzęta żyją w dobrostanie, nie to, co kurczaki z fermy przemysłowej: 6 tygodni tuczenia i na stół.

Dziczyzna jest chętnie kupowana. Mięso zdrowe, smaczne, delikatne. Mało tłuszczu, 1 proc. z ogonkiem, mało cholesterolu. Mnóstwo białka i żelaza. Wymarzona dieta dla małych alergików, każda mama zapłaci każdą cenę.

Z produkcji jeleniowatych słynie Nowa Zelandia i Szkocja.

– Czemu nie w Polsce? – dociekają naukowcy. Mnóstwo byle jakiej ziemi, w sam raz na pastwiska. Na hektarze może mieszkać 15 zwierząt. Z rozrodem radzą sobie same. Wystarczy wystawić jednego byka na 30 łań. Jeśli teren jest zakrzaczony, nie musi być wiat. Żrą trawę, krzewy, korę drzew. Zimą trzeba dokarmiać sianem i ziarnem. Tanio wychodzi – ok. 100 zł na osobnika.

Największa inwestycja: wysokie ogrodzenie, żeby nie przedostały się psy i drapieżniki. Nie ma się więc czego bać, tylko ściągać od najlepszych. Po nauki wystarczy się wybrać na południe Słowacji.

Zoolodzy pomyśleli, że nie ma ruchu w interesie, bo rodacy boją się jeleniowatych, jak każdej egzotyki, ot co.

– Jeleniowate należą do rzędu parzystokopytnych, podrzędu przeżuwaczy. Jeleniowi bardzo blisko do krowy – przekonują. –Owszem, jakiś czas temu na założenie hodowli potrzebna była zgoda ministra. Ale według polskiego prawa od 2002 r. to zwierzęta gospodarskie. Hodowla nie jest pracochłonna, kosztowna ani trudna.

 

Na przykład Wilczewscy

Jerzy Wilczewski ze wsi Białousy marzył o hodowli bizonów. Miał dość miejsca – ponad 2 tys. ha, rozległe połacie łąk i lasów w województwie podlaskim i warmińsko-mazurskim. W części bezużyteczne.

Może posadzić wierzbę energetyczną? – kombinował. Ale wolał zwierzęta.

– Bizony? – pytał.

– Nic z tego – usłyszał. – Mogłyby krzyżować się z mieszkającymi po sąsiedzku polskimi żubrami i psuć pulę genową.

W 1997 r. kupił 6 jeleni. Dla dekoracji. Takie piękne poroża!

W 2006 r. zdecydował się na dużą hodowlę. Ogrodzono pastwiska, wybudowano paszarnie, silosy, zaplecze gospodarcze. Pierwsze łanie przyjechały ze Szkocji – 1000 sztuk. Do opieki zatrudnił eksperta z Polskiej Akademii Nauk. Wszystko było z rozmachem.

A co, gdy przyjdzie zima? Karmienie sześciuset sztuk za pomocą wozu paszowego wykonuje jedna osoba. Praca zajmuje dwie godziny.

– Jelenie są piękne, łagodne, z charakterem. Rozpoznają swoich. Podchodzą do samochodu czy śmigłowca. Liżą płozy, bo tam są muszki, które im smakują – opowiadał Wilczewski miejscowym dziennikarzom. – Tylko w okresie godowym trzeba uważać na byki. W każdym widzą konkurenta.

Mieli prawie 3 tys. zwierząt. Wszystko byłoby pięknie, tylko przepisy dotyczące hodowli okazały się wewnętrznie sprzeczne. Powstały w czasach, gdy panowało przekonanie, że Bóg stworzył jelenia, żeby żył na wolności. Naturalnie można go upolować, bo ziemia, rośliny i zwierzęta są poddane człowiekowi. Ale zamknąć jelenia na wybiegu? Zaszlachtować jak krowę?

W przypadku jelenia zastrzelonego na polowaniu procedury pozyskania mięsa są proste. Weterynarz bada truchło i już można robić kiełbasę.

Jeleń hodowlany nie może zginąć od kuli. To znaczy teoretycznie może. Ale nie z broni myśliwskiej, bo nie wolno polować na terenie zamkniętym. Zwierzę hodowlane musi więc skończyć w rzeźni. Wcześniej powinien je zbadać weterynarz. Czy jest zdrowe?

Jak zbadać jelenia biegającego po lesie? On nie przybiega do doktora z własnej woli. Uśpić? Ale wtedy nie można go ubić przez kolejne 2 tygodnie, bo mięso nie nadaje się do jedzenia. Po upływie tego czasu badanie traci ważność…

Jedyna rzeźnia znajdowała się pod Zieloną Górą. Ok. 700 km od Podlasia. Może własna ubojnia? – myślał Wilczewski. Zapytał technologa, czy to będzie coś jak sala operacyjna w renomowanym szpitalu?

– Panie, sala operacyjna to pryszcz. Tu będą 100 razy większe wymagania…

Kolejny pomysł podsunęli Rosjanie. Będą kupować zwierzęta i wystawiać bogatym rodakom do odstrzału. – Ruscy biegający z flintami? W Polsce? Coś pan. To nie ta sytuacja polityczna… – Urzędnicy nie kryli szoku.

– Nie – uspakajał. – W obwodzie kaliningradzkim powstaje 1200 ha parku do polowań… Za jelenia do odstrzału można dostać 3 razy więcej niż do tradycyjnego uboju…

– Eeee… – usłyszał.

Przepisy są takie, że właściciel hodowli nie może sprzedać tuszki na wolnym rynku. W Niemczech czy Anglii pośrednik płaci za kilo mięsa 10 euro. W Polsce 2 euro. Czyli ok. 50 euro za jelenia. Koszt wyhodowania zwierzęcia zamyka się w 70 euro. Biznes nie mógł się spinać.

Fermę pod Gołdapią kupili Syryjczycy. Mówili o kontrakcie z Dubajem. Zwierzęta z fermy rozeszły się po Europie.

 

Całość na łamach