Kupką, a nie kupą – NIE

Miejsce SLD w łańcuchu pokarmowym.

 

Mam déjà vu. 20 lat temu w Polskiej Partii Socjalistycznej dostawałam po łbie od wyznawców Realpolitik, ponieważ byłam przeciwko zapisywaniu PPS do SLD. Towarzysze zarzucali mi, że wpycham partię w izolacjonizm, a tu trzeba kupą, bo „nie ma wroga na lewicy”. Tymczasem ja byłam przeciwna nie jakiejkolwiek koalicji, tylko koalicji z dominująca formacją, o której było wiadomo na pewno, że nas pożre i wypluje, zostawiając sobie historyczny sztandar w charakterze akcesorium, likwidując związaną z nim tożsamość.

To samo myślę dziś o koalicji byłego SLD z Tuskiem.

 

Na początku millenium alternatywą dla pójścia na listach Sojuszu była koalicja z Samoobroną. W wyborach w 2000 r. Lepper dostał wprawdzie tylko 3 proc. poparcia, ale było to jednak 15 razy więcej niż dostał Ikonowicz. Zresztą notowania Samoobrony wystrzeliły po tej kampanii tak, że w wyborach sejmowych rok później chłopscy buntownicy przekroczyli 10 proc. i skończyli jako trzecia siła w Sejmie, 2 proc. za Platformą. Najważniejsze zaś było to, że mógł to być wzajemnie korzystny mariaż: Samoobrona miała za sobą momentum i siłę wkurwionego ludu, my mieliśmy swoisty patent na lewicowość: pryncypialne poglądy, sporo mądrych, wykształconych ludzi, zajebiście ideową młodzieżówkę i ponad 100 lat historii. W tych sprawach, które były kluczowe, się zgadzaliśmy – Balcerowicz musiał odejść – a w pozostałych należało prowadzić nienatrętną pracę organiczną, np. tłumacząc koalicjantowi, dlaczego pytanie „Czy można zgwałcić prostytutkę?” nie jest takie śmieszne, jak mogło się na pierwszy rzut oka wydawać.

Andrzej Lepper był niezwykle zdolnym politykiem, otwartym na nowe wiadomości. Gdyby nie wpadł w ręce Tymochowicza, a później Kaczyńskiego – jego losy, a także losy lewicy w Polsce mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej.

 

Dziś sytuacja jest dość podobna – z tą różnicą, że były Sojusz nie jest siłą pożerającą, tylko zagrożoną pożarciem. Ale sposób, w jaki Tusk odnosi się do potencjalnych koalicjantów jako żywo przypomina lekceważenie, jakie lewicowemu planktonowi okazywał na początku millenium Miller.

Druga różnica jest taka, że na kilkanaście miesięcy przez wyborami w roku 2001 było już wiadomo, że ówczesna władza – pozbawiona sejmowej większości Akcja Wyborcza „Solidarność” z Marianem Krzaklewskim na czele – idzie na dno i że to Miller zajmie jego miejsce. Dziś wszystko jest jeszcze – jak to się modnie z angielska mówi – „na stole”.

Z jednej strony: rzeczywiście, PiS słabnie politycznie, a jego lider intelektualnie – najnowszy dowód to balon próbny w sprawie wycofania się z Funduszu Odbudowy; chyba nikt nie sądzi, że Bielan wygłosił taki tekst bez uzgodnienia z prezesem. Jednak Prawo i Sprawiedliwość nadal prowadzi w sondażach i nie ma nadziei, żeby powtórzyło los AWS i nie weszło do następnego Sejmu.

Z drugiej – karty na opozycji też bynajmniej nie są rozdane. Platforma może być największą siłą, ale ma nad sobą wyraźny szklany sufit: od powrotu Tuska w lipcu zeszłego roku jej notowania zawiesiły się na poziomie 25-26 procent i potencjału wzrostu jakoś nie widać.

Jako kontrpropozycję mamy Szymona Hołownię, który próbuje zaoferować „siłom prodemokratycznym” ścieżkę alternatywną do „przemocowych zalotów Platformy”. Żeby nie było wątpliwości: jestem jak najdalsza od zachwytów Hołownią, który jest w mojej opinii pozbawiony jakiejkolwiek treści, ma tylko ambicje, badania opinii i niezły słuch społeczny. Z całym tym inwentarzem wydaje mi się jednak mniejszym złem niż Tusk i jego bezwzględne dążenie do dominacji.

Co więcej – argumentacja lidera Polski 2050 co do sensowności utworzenia dwóch list jest po prostu logiczna. Hołownia wyłożył ją w odpowiedzi na list otwarty Stanisława Brejdyganta – będący skądinąd jednym z tuzinów publikowanych przez „Gazetę Wyborczą” tekstów komentatorów i listów czytelników, zapędzających całą opozycję pod skrzydła Tuska.

 

Całość na łamach