Moja aborcja – NIE

Może nie wiecie, ale właśnie rozpoczęliśmy rok jubileuszowy.

 

Mija 30 lat, od kiedy dyskutujemy o ustawie antyaborcyjnej. A także – to mój osobisty maleńki jubileusz – 30 lat, od kiedy o tej ustawie piszę. Podczas gdy cały cywilizowany świat ma tę dyskusję tak dawno za sobą, że nikomu już nie przychodzi do głowy, żeby w ogóle kwestionować prawo kobiety do pozbycia się niechcianej ciąży – ewentualna dyskusja dotyczy jedynie tego, jak daleko poza pierwszy trymestr powinno sięgać to prawo – 2 kraje, uważające się za przynależne do „świata zachodniego”, odbywają tę drogę w przeciwnym kierunku. To Polska i USA.

W Ameryce fundamentalne orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie Roe vs Wade z 1973 r. – stwierdzające, że prawo do przerwania ciąży mieści się w zagwarantowanym konstytucyjnie prawie do prywatności – najprawdopodobniej zostanie w tym roku zakwestionowane przez obecny Sąd Najwyższy, w którym Trump upakował prawacką większość. Ze szczególnym uwzględnieniem Amy Coney Barrett: katoliczki, która otwarcie głosi, że jej prawnicza kariera jest środkiem do życiowego celu, jakim jest „służba Bogu”. Biorąc pod uwagę nasze prowincjonalne kompleksy, podejrzewam, że krajowi obrońcy życia są bardzo dumni, że w tej akurat sprawie – nagięcia konstytucji dla ograniczenia praw kobiet – udało nam się Amerykę wyprzedzić. Warto jednak odnotować tę specyficzną zbieżność: zarówno w USA, jak i w Polsce antyaborcyjni bigoci mają świadomość, że ich archaiczne poglądy nie znajdują poparcia większości społeczeństwa, toteż uciekają się do decyzji sądów ukształtowanych przez polityczne nominacje.

 

W Polsce droga wstecz, jeśli chodzi o prawa kobiet, była dużo dłuższa, bo prawo do aborcji z przyczyn społecznych pochodziło z roku 1956. Co ciekawe, liberalizacja przepisów – uzupełnienie przesłanek do przerwania ciąży o „trudne warunki życiowe” – nie była, wbrew temu, co często słyszeliśmy od obrońców praw kobiet w latach 90., elementem popaździernikowej odwilży. Zmiana prawa nastąpiła w kwietniu 1956 r. i była odpowiedzią na realne zagrożenie, jakie stanowiło dla życia i zdrowia polskich kobiet potężne podziemie aborcyjne, oceniane na 300 tys. zabiegów rocznie. W 1955 r. 80 tysięcy kobiet zostało przyjętych do szpitali w stanie ciężkim, z poronieniem rozpoczętym w domu. Tzw. choroba mydlana – spowodowana wstrzyknięciem roztworu mydła do macicy – kończyła się często ostrą niewydolnością nerek, która wymagała natychmiastowych dializ; śmiertelność sięgała 70 procent.

Przypominam tę zamierzchłą historię, bo warto zdać sobie sprawę, że nawet stalinowska władza miała dla kobiet więcej względów od władzy obecnej. Istnienie podziemia potraktowano jako argument do zmiany prawa – zamiast szczuć lekarzy i kobiety policją. Co więcej, obowiązujące dziś z woli magister Przyłębskiej przepisy antyaborcyjne są dokładnym powtórzeniem regulacji stalinowskich, ujętych w ustawie o zawodzie lekarza z 1950 r., sygnowanej przez Bolesława Bieruta. Warunki legalności przerywania ciąży z 1956 r. to zagrożenie dla zdrowia kobiety („życia” nie wymieniono, bo to rozumie się samo przez się) oraz „podejrzenie powstania ciąży wskutek przestępstwa”.

Warto w tej wspomnieniowej publikacji odnotować, że projekt ustawy, z którego zrodził się tzw. kompromis aborcyjny z 1993 r., był dużo bardziej surowy, niż regulacje stalinowskie. Złożony przez grupę oszołomów w marcu 1992 r. projekt – nazwany „o ochronie prawnej dziecka poczętego” – nie przewidywał żadnych wyjątków od zakazu aborcji; dopuszczał jedynie niekaranie lekarza za śmierć płodu wskutek „działań koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego życiu kobiety ciężarnej”.

 

Całość na łamach