Narodowy zgon – NIE

Bez przerwy słyszymy, że tygodnik „NIE” pisze o rzeczach przykrych, dlatego raz postanowiliśmy napisać o czymś wesołym: na świecie jest coraz mniej Polaków.

Jak można przeczytać w najnowszym raporcie Głównego Urzędu Statystycznego, według stanu na koniec sierpnia żyło nas w kraju 38 133 000 sztuk. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy urodziło się jedynie 334,6 tysiąca dzieci, jebnęło za to w kalendarz aż 538,6 tysiąca osób. Oznacza to, że ubyło nas w ciągu roku ponad 200 tysięcy.

Tak dla nas źle – a dla świata dobrze – nie było jeszcze nigdy! Biorąc pod uwagę, że to już stały trend, niezwiązany jedynie z pandemią, warto – także z okazji nadchodzącego święta zmarłych – zadać pytanie, kiedy nastąpi dzień, w którym na świecie nie będzie ani jednego Polaka.

***

W wąskim ujęciu moglibyśmy liczyć, że jeśli przyjmiemy odejmowanie 200 tysięcy Polaków rocznie, to 38 milionów z ogonkiem wyczerpywać się będzie jakieś 191 lat. Czyli w 2212 r. w Polsce nie będzie już żadnego Polaka, a zatem – można mniemać – nie będzie i Polski. Choć biorąc pod uwagę, że jeśli w 2211 r. będzie nas jedynie 200 000, a Niemcy będą jak zwykle w historii potrzebować przestrzeni życiowej, to Polska ma duże szanse przestać istnieć jeszcze przed Polakami. Dla naszych zachodnich sąsiadów już 80 lat temu przyśpieszenie śmierci 200 tysięcy osób to była technologiczna pestka, a co dopiero w roku 2211.

Tak też zresztą w dziejach bywało, że Polacy istnieli bez Polski, dlatego aby lepiej pojąć, jak dojść może do całkowitego wyeliminowania naszego rodu z kuli ziemskiej, warto pochylić się nad zagadnieniem, skąd nas się na niej tyle wzięło.

W podejściu teoretycznym zarówno Polska, jak i polskość są pojęciami czysto umownymi. Mitami, które mają umocowanie, gdyż w wymysły te wierzą praktycznie wszyscy mieszkańcy globu, tak jak w dolara, demokrację czy prawo własności. Polska istnieje dlatego, że ja wierzę w istnienie Polski. Podobnie mój sąsiad, ale także znajdujący się po drugiej stronie oceanu Australijczyk. Na potrzeby naszych rozważań przyjąć więc musimy, że mit narodowości przetrwa najbliższych 200 lat. Choć wcale nie byłbym tego taki pewien…

Za początek polskiej państwowości dzisiejsi historycy przyjmują chrzest Polski z 966 r., choć już w tym tkwi logiczna sprzeczność, gdyż chrzcić można tylko to, co jest, a skoro Polska powstała dopiero po chrzcie, to nie było jej jak ochrzcić, bo nie było czego ochrzcić. Dla ułatwienia ustalmy jednak, że w 1025 r. powstało Królestwo Polskie rządzone przez syna Mieszka I, Bolesława Chrobrego – i to jest data graniczna.

Liczy się, że w roku 1370 ludność Polski wynosiła zaledwie 1,9 miliona. W 1582 r. miało nas być już 7,5 miliona. W 1634 r. 11 milionów, ale w 1800 r. jedynie 9 milionów. Trzeba przy tym pamiętać, że zarówno teren naszego kraju, jak i związana z tym przynależność etniczna przez wszystkie wieki ewoluowały. W XVI w. część ludności naszych ziem czuła się już Polakami, ale dotyczyło to jedynie warstw wyższych. Dopiero zniknięcie Polski z mapy świata i związane z tym oparte na chłopstwie insurekcje i powstania na dobrą sprawę spowodowały, że zrodziła się podobna do dzisiejszej powszechna świadomość narodowa: że jest się Polakiem i istnieje Polska.

Od 1795 do 1918 r. naszego kraju nie było na mapie świata – i był to najlepszy okres rozwoju polskości jako takiej. To brak Polski wywołał w ludziach świadomość, że coś takiego nam się należy – co podaję pod rozwagę zapalonym patriotom.

Dopiero I wojna światowa przyniosła powrót Polski na mapy, jednak nie na długo, bo w II wojnie dostaliśmy takie wciry, że zbieramy się po nich do dziś. Niektórzy twierdzą wręcz, że okres od 1944 r. do 1989 r. też nie był okresem istnienia Polski, a część zatrzymuje się jeszcze dalej, za moment prawdziwego odrodzenia uznając pierwsze zwycięstwo PiS w wyborach w 2005 r. Zadziwiające, że im bardziej ktoś mieni się Polakiem, tym bardziej ogranicza czas istnienia Polski w dziejach, odejmując jej kolejne historyczne epoki.

 

Całość na łamach