Nasz wróg: wojsko polskie – NIE

Ile razy zobaczycie w telewizorze Błaszczaka opowiadającego o sukcesach polskiego wojska, tyle razy możecie zacząć pękać ze śmiechu.

 

Błaszczak gada takie rzeczy, że strach się bać. Ostatnio umyślił sobie wraz Kaczyńskim, że będziemy mieć 2,5 razy więcej wojska niż mamy.

W miarodajnym światowym rankingu wojskowości o nazwie Global Firepower (GFP) w 2014 r. Polska armia była pod względem liczebności i wyposażenia na 18. miejscu w świecie. Po latach rządów PiS spadliśmy na pozycję 23.

 

Według Ministerstwa Obrony Narodowej polskie siły zbrojne liczą 128 tysięcy żołnierek i żołnierzy. GFP uważa jednak, że mamy mniej o 8 tysięcy, ale pewnie do twórców rankingu nie dotarły informacje o weekendowych rozroście Wojsk Obrony Terytorialnej. Poza tą nieścisłością – w cyferkach – Wojsko Polskie prezentuje się całkiem, całkiem… Mamy ponoć 863 czołgi, 469 samolotów, z czego 91 to maszyny stricte bojowe. Ba, statystyki światowe twierdzą, że Rzeczpospolitej broni 237 helikopterów. Tego, ile z nich lata, GFP nie podaje.

Na taką potęgę obronną wydamy w tym roku ponad 51 mld zł, czyli 2,2 proc. Produktu Krajowego Brutto. Przebijając tym natowską normę wynoszącą 2 proc. Ba, Błaszczak i spółka już jakiś czas temu obiecali, że polskie zbrojenia przyspieszą i za kilka lat będziemy wydawać 2,5 proc. PKB.

To było jednak przed tym, jak Błaszczak z Kaczyńskim ogłosili światu ustawę o obronie ojczyzny i zapowiedzieli, że już za momencik Polska stanie się militarnym gigantem z armią liczącą 300 tysięcy żołnierzy. Mamy być najbardziej zmilitaryzowanym krajem NATO.

 

Przyjmijmy, że Polska ma 38 milionów ludności i ma mieć 300-tysięczną armię. Kudy do nas byłoby Bundeswehrze liczącej 185 tysięcy wojaków, choć Niemcy zamieszkuje populacja licząca 83 miliony. Umundurowanych wojskowo Francuzów jest dziś 270 tysięcy, co przy ich ogólnej liczbie wynoszącej 67 milionów powodowałoby, że tak liczebnie, jak statystycznie przeskoczylibyśmy ich o rząd wielkości. O Brytyjczykach, których wojsko przy tej samej liczbie obywateli, co Francja, liczy 195 tysięcy, nie ma co wspominać.

Nawet Turcja, której siły zbrojne liczą 355 tysięcy żołnierzy, też wypadałaby przy nas blado, bo kraj ten zamieszkują 84 miliony osób.

Stany Zjednoczone mają prawie 330 milionów ludności. US Army liczy 1,4 miliona wojskowych. Żeby być jak Stany, musielibyśmy więc mieć niecałe 160 tysięcy wojska. Mamy 30 tysięcy mniej. Ale Amerykanie mają prawie 200 tysięcy żołnierzy w swoich bazach poza granicami Stanów. Polska baz nie ma, żeby więc dorównać US Army, wystarczyłoby nam mieć 10 tysięcy żołnierzy więcej. A mamy mieć więcej o 170 tysięcy.

Jeśli jednak ktoś sądzi, że PiS chce tak wielkiej armii, żeby budować u nas autorytarny reżim utrwalony karabinami, czyli jak w totalitarnych Chinach, to się myli. Liczące 1,4 miliarda ludzi Chiny mają ledwie 2,2 miliona żołnierzy. Proporcjonalnie zatem już dziś mamy wojsko dwakroć liczniejsze niż Chińczycy. Przy trzystu tysiącach pod bronią przebijemy Państwo Środka w liczbie żołnierzy na obywatela 5-krotnie.

Ruskich jest około 140 milionów. Ruskiego wojska – milion. Gdybyśmy mieli osiągnąć putinowski stopień nasycenia społeczeństwa sołdatami, wystarczyłoby nam 240 tysięcy wojska.

Co ciekawe, wszystkie światowe trendy wskazują na to, że armie liczebnie się kurczą. Gdyby wymieniony przez Błaszczaka stopień zmilitaryzowania obywateli Polska osiągnęła za kilka lat, to w liczbie żołnierzy na głowę ludności przebijalibyśmy inne państwa co najmniej 3 razy.

 

Żołnierzy trzeba gdzieś położyć spać, nakarmić, ubrać i uzbroić. A nawet im zapłacić, bo polskie 300-tysięczne wojsko ma być zawodowe, a nie z poboru. Żeby odtrąbić sukces, PiS-owi potrzebne byłyby więc koszary, mundury, rdzewiejące karabinki i mnóstwo kasy na żołd. Tylko uniformy, strzeladełka i budynki kosztowałyby przynajmniej jeden obecny roczny budżet MON. Ale wynagrodzenia żołnierzy, osób zatrudnionych w wojsku oraz wojskowe renty i emerytury dla armii nieco ponad 100- tysięcznej – to w tym roku prawie 22,5 mld zł. Gdyby wojska miało być ponad 2 razy więcej, to tylko na wynagrodzenia i emerytury szłoby tyle kasy, ile idzie dziś na wszystko, co wojsku jest potrzebne.

Wypadałoby, żeby w 300-tysięcznej armii było przynajmniej 2 razy tyle czołgów, co nominalnie jest dziś. Nominalnie, bo te 863 czołgi, o których wspomina GFP, mają wartość muzealną. Przyjmując jednak, że 2 razy większa armia potrzebować powinna 2 razy więcej pełnosprawnych czołgów, to powinniśmy je kupić w liczbie ok. 1500. Skoro za 250 czołgów Abrams mamy zapłacić 23 mld zł, to ile będą nas kosztowały pozostałe 1250? Odpowiedź jest prosta – 2 dzisiejsze budżety MON.

Milionowa armia rosyjska dysponuje prawie ośmiuset samolotami bojowymi. Żeby było proporcjonalnie, powinniśmy więc mieć latającego sprzętu wielozadaniowego ok. 250 sztuk. Teraz ponoć aeroplanów bojowych mamy 91. Brakuje nam zatem jakieś 160. Trzeba by je kupić, ale żeby były kompatybilne z tym, co już zamówiliśmy, powinny to być amerykańskie F-35. Takie same, za których 32 sztuki zapłacimy ponad 20 mld zł. Dokupienie tylu, ile trzeba dla 300-tysięcznej armii, to kolejne 2 obecne roczne budżety MON.

 

Całość na łamach