Sojusz ołtarza z pałką – NIE

Zaprzyjaźniony oficer Służby Bezpieczeństwa opowiedział mi ostatnio dykteryjkę z dorocznej narady resortowej w Legionowie w latach 80., kiedy to minister opierdalał szefa jednego z Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych, że w jakimś dekanacie Departament IV nie pozyskał w danym roku żadnego księdza: „2 lata temu było świetnie, w zeszłym roku jeszcze całkiem nieźle, a w tym ani jednego?”. Na co opierdalany wstał z nieszczęśliwą miną i powiedział: „No ale kogo mamy werbować, kiedy wszyscy zawerbowani?”.

Legenda o tym, jak Kościół katolicki przez całą komunę niezłomnie walczył z ustrojem, jest jednym z mitów założycielskich III RP. Co zabawne, nawet ostatnia fala skandali pedofilskich go nie podważa.

Pedofilia księży i kolaboracja Kościoła z władzami PRL – to dwie strony tej samej monety.

Pedofilia była źródłem szantażu, którym Służba Bezpieczeństwa skłaniała księży do współpracy. A organizacja przerośnięta agentami SB była z natury bardziej skłonna do zgodliwości.

Kardynał Gulbinowicz – ukarany przez Watykan na chwilę przed śmiercią za molestowanie kleryków i krycie pedofilów – jeszcze w doniesieniach na temat watykańskiego wyroku przedstawiany był jako „legenda »Solidarności«”, mimo iż od 1969 r. współpracował z SB i tej współpracy zawdzięczał sakrę biskupią. Rafał Łatka z IPN w opracowaniu na temat kontaktów Gulbinowicza z bezpieką cytuje notatkę ppłk. Maja z IV Departamentu, który podczas rozmowy werbunkowej powiedział przyszłemu księciu Kościoła, że prawdopodobnie zostanie biskupem: „Możemy oczywiście pomóc w załatwieniu niektórych spraw, ale to będzie zależne od dobrej woli księdza i stosunku do nas”. Dobrej woli Gulbinowiczowi nie zabrakło – w czym niewątpliwie pomogła wiedza SB o zainteresowaniach, jakimi 46-letni wówczas ksiądz darzył kleryków. I przez następne ćwierć wieku współpraca układała się korzystnie dla obu stron. Opowieść o tym, że SB nie wiedziała, iż w 1981 r. Gulbinowicz ukrył 80 mln zł dolnośląskiej „Solidarności”, jest cokolwiek naiwna. Czyż nie jest bardziej prawdopodobne, iż służby uznały, że 80 milionów to niewygórowana cena za nieskompromitowanie agenta nie tylko usytuowanego w najwyższych sferach episkopatu, ale także cieszącego się zaufaniem działaczy nielegalnej wówczas „Solidarności”? Gulbinowicz sam tłumaczył szefowi SB we Wrocławiu Czesławowi Błażejewskiemu, że księża muszą od czasu do czasu „wsadzić władzom szpilkę”, żeby uniknąć podejrzeń o współpracę z SB.

Drugim przykładem „legendy »Solidarności«” z podobną kartą jest prałat Jankowski; jeśli to możliwe, jeszcze bardziej obrzydliwy od Gulbinowicza w tym sensie, że zamiast kleryków – czyli ludzi mniej więcej dorosłych – pierdolił małe dzieci, co wydatnie ułatwiło władzom nawiązanie z nim konstruktywnego dialogu.

Historię księżych swawoli, a także współpracy, w najdrobniejszych szczegółach opisuje biografia „Uzurpator” Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego. Książka ma demaskować Jankowskiego jako szczególnie obrzydliwego drapieżnika seksualnego – ale zapewne niechcący demaskuje też coś jeszcze: tę właśnie specyficzną komitywę nie tylko między agentem i jego prowadzącymi, ale generalnie między Kościołem niezłomnym i przyniesioną na sowieckich bagnetach władzą, która go ponoć nie złamała.

 

Całość na łamach