Wyklęty powstań ludu Włodzia – NIE

Jako stara pepeesówa cieszę się niewymownie z narodzin koła parlamentarnego PPS. Mam jednak nadzieję, że nie jest to sposób na sprzedanie sztandaru Tuskowi. Obawiam się, że nie doceni nabytku.

 

Dotychczas jedynym przedstawicielem Polskiej Partii Socjalistycznej w parlamencie był jej przewodniczący, senator Wojciech Konieczny. Teraz do partii dołączyli Joanna Senyszyn i Andrzej Rozenek, a do koła dodatkowo wicemarszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka i poseł Robert Kwiatkowski. Cała grupa to dysydenci od Włodzimierza Czarzastego. Raduje mnie to ogromnie, acz z drugiej jednak mam pewien niepokój co do tego, co chcą z tym PPS-em zrobić.

Gdy w maju chwaliłam decyzję lewicy w sprawie poparcia Funduszu Odbudowy, Rozenek polemizował ze mną publikacją „Kto PiS-u tyka, ten szybko znika”. Dziś chciałabym zapytać Andrzeja, czy nie obawia się, że ten sam efekt ma tykanie Tuska?

Nowoczesna znikła jeszcze od dotknięcia Schetyny, który w środku negocjacji na temat założenia wspólnego klubu parlamentarnego ukradł nowo wybranej szefowej partii siedmioro posłów, w tym szefową klubu, co spowodowało tego klubu likwidację. Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej została skutecznie wykastrowana z jakiejkolwiek tożsamości już za czasów Tuska. Obie te formacje łączyła jedna rzecz: stanowcze przywiązanie do postępu obyczajowego. To nie leży w planach Wielkiego Europejczyka, który czyni matczyny znak krzyża nad chlebem w Płońsku.

A przecież na kwestiach kulturowych fundamentalne różnice między lewicą a Platformą się nie kończą. Jest cały zakres polityki społeczno-gospodarczej, redystrybucji, progresji podatkowej z jednej strony – i stosunku do Polski Ludowej z drugiej. Czy Rozenek – i ktokolwiek inny z nowego koła PPS – naprawdę wierzy, że Tusk weźmie ich na listy i do tego pozwoli im zachować lewicową tożsamość?

Bo przecież o tym – powiedzmy szczerze i cynicznie – rozmawiamy. Towarzysze mają jeszcze 2 lata na zbudowanie wyrazistej tożsamości i przekonanie do siebie wyborców (i absolutnie im tego życzę), ale realnie rzecz biorąc, szansa na to, że PPS wystartuje samodzielnie i przekroczy próg wyborczy, wydaje mi się licha.

Podobnie jak szansa na stworzenie jednej wspólnej listy opozycyjnej. Wszyscy o tym mówią, ale chyba tak naprawdę nikt w to nie wierzy. Pomysł – z różnych przyczyn – stanowczo odrzucają Koalicja Polska, Polska 2050, partia Razem. Powstaje zatem pytanie, pod którą, za przeproszeniem, budkę wsadzić palec, gdy przyjdzie do układania list.

Gdy słucham Morawskiej-Staneckiej – najważniejszego rangą polityka w nowym kole – nie mam wątpliwości, że ciągnie ją do Koalicji Obywatelskiej. Jej zachwyt marszałkiem Grodzkim zdaje się porównywalny z moim; zresztą przyznała sama w rozmowie z red. Piaseckim, iż o planach rozłamowców wiedzieli Donald Tusk i Leszek Miller. W lewicowym planktonie istnieje też dość powszechne przekonanie, że Miller jest rzeczywistym patronem tej grupy. Akces Millera do PO, po jego wojnie z Czarzastym, w zasadzie już się dokonał: w telewizji były eseldowski premier każe podpisywać się: „Europoseł Koalicji Obywatelskiej”. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie w PO Joanny Senyszyn, którą kocham. Słabo też widzę tam przewodniczącego PPS – którego osobiście nie znam, ale który robi wrażenie solidnego, uczciwego lewicowca. Działanie w PPS nie było w III RP drogą do kariery – wiem to jako wieloletnia członkini tej partii – jeśli więc ktoś się na to decydował, to kierował się wyrazistymi poglądami, a nie koniunkturalizmem.

Nie mam pewności co do postawy Rozenka i Kwiatkowskiego – ale podejrzewam, że mogą należeć do wyznania „odsunąć PiS za wszelką cenę”, nawet jeśli tą ceną jest przymierze z neoliberalnymi konserwatystami. Jeśli się mylę, proszę Andrzeja o wybaczenie.

Może jednak – to taki optymistyczny akcent na koniec – nie będzie tak źle. Może pójście do łóżka z Tuskiem nie będzie jedyną opcją.

Drugą może być oddanie się Hołowni.

 

Całość na łamach